Pocałunek szpilki

Lekkim szarpnięciem samolot poderwał się z pasa startowego. Ziemia uciekała od nas coraz szybciej i szybciej, ale my chętnie pozostawialiśmy za sobą jej makietę: domki przypominające pudełka od zapałek – w zawrotnym tempie malejące, prostokąciki pól w odcieniach zieleni dojrzałego lata, wijące się wstążki rzek i dróg z samochodzikami… i wiele jeszcze innych drobiażdżków, których nie sposób wymienić – psy, koty, jaszczurki i kamienie… Tylko biały gołąb przez jakiś czas podążał tropem naszej smugi, aż w końcu zagubił się po nim wszelki ślad. Od startu minęło zaledwie parę chwil, a już wbiliśmy się w pierzaste obłoki, jakby upaćkane farbą fluoroscencyjną, i – wystrzeliwując w szafirową czeluść – poszybowaliśmy wysoko ponad chmurami. Tęsknota pociągała nas ku podniebnym przygodom.

Przez jakiś czas ciężar przyziemnych spraw nie pozwalał mi unieść się w powietrze. Wsłuchiwałam się, czy któryś z siedzących obok mnie pasażerów nie wyrazi swojego niedowierzania albo przynajmniej nie będzie zdumiony z powodu fenomenu lewitowania żelastwa. Ale nie wyłowiwszy żadnych komentarzy na ten temat z szeptanego szumu mało interesujących rozmów toczących się wokół, znużona ich monotonią jeszcze bardziej odchyliłam głowę do tyłu i wygodnie ułożyłam się w fotelu. Przymknęłam oczy. Zgodziłam się w końcu, żeby prawie niewyczuwalne kołysanie utuliło mnie do sennego marzenia. Natychmiast uświadomiłam sobie, że balansując na pograniczu jawy i snu, bez najmniejszego oporu materii przenoszę się do dobrze mi znanych, jakże odległych w czasie i przestrzeni miejsc. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Lawendowy odcień róży

Konduktor czaił się już z gwizdkiem, kiedy zziajana wpadłam na peron. Udało mi się wskoczyć do pociągu zaledwie parę chwil przed odjazdem. Natrętne pytanie przeleciało przez moją głowę jak błyskawica – dzisiaj już trzeci raz:
– Skąd się we mnie bierze to nieuporządkowanie?
Przeciskając się pomiędzy rzędami foteli i sprytnie omijając podróżnych ustawiających na półkach bagaże i niezdarnie sadowiących się na swoich miejscach, zaczęłam mimochodem coraz intensywniej dumać nad tym niepokojącym problemem.
– Przecież chaos w ogóle do mnie nie pasuje! – Przekonywałam siebie w duchu. – Jestem dobrze zorganizowana, zapobiegliwa, a nawet przesadnie pedantyczna, co oczywiście męczy bardzo i jest irytujące – taka fobia, którą otrzymałam w spadku po mojej mamie, kobiecie skrupulatnej, starannej i zawsze na posterunku – po żołniersku. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Wiersze kolorami malowane

Muszę uczciwie przyznać, że lata chmurne i durne, jak to sobie dziś z pewną nostalgią przypominam, rozpoczęły się dla mnie nie najszczęśliwiej. Dlaczego tak się stało – nie mogę wyznać, bo trudno mi w tej chwili bez jakiegoś półuśmiechu (nad sobą oczywiście) powiedzieć na ten temat coś konkretnie wyjaśniającego. Bo i całe moje życie uczuciowe z tamtego okresu dojrzewania do kobiecości przypominało konwulsyjne ruchy poczwarki, która za chwilę miała się przeobrazić w urokliwego motyla. Być może było markotnie z powodu niezrozumienia świata kręcącego się jakby obok i nie zważającego na moje prawdopodobnie nazbyt rozdęte albo przewrażliwione „ego”, o którym myślałam wtedy, że jest „wyjątkowe”? Już w tamtym czasie wymagałam przecież od siebie nadprzeciętności! A może za poważnie traktowałam ludzi, marzenia i w ogóle życie? W każdym razie wierszowane dowody dziewczęcej rozpaczy, wypełnione tęsknotą do przeżycia idealnej miłości i wspomnieniem pierwszego pocałunku, przechowywałam skrzętnie na samym dnie zamykanej na klucz szuflady mojego biurka. Liczyłam na to, że nigdy nie ujrzą dziennego światła. Ani tym bardziej nie staną się przedmiotem szyderstwa, ocen czy dyskusji – nie tylko literackich! Czytaj dalej

Udostępnij to: