Szczawiowa u dziadka Walusia… ze szczyptą erotyzmu

I cóż z tym życiem?

I cóż z tym pisaniem? Jak się ono ma do życia? Bo ja bym chciała życie zmieniać swobodnie, do twórczości je przybliżając, a nie odwrotnie – zamykać pisanie w celi konwenansów… z życia wziętych.

Zwykle w życiu lubimy zaczynać wszystko od początku. Ale i tak zakorzeniony w naszej kulturze pogląd o wiążących determinantach (genetycznych, społeczno-kulturowych, w końcu: wziętych z naszej osobistej przeszłości) nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Jeśli ktoś wie, jak się z tym uporać – czekam na receptę.

Na szczęście z moim pisaniem (i w ogóle z twórczością) jest inaczej. Lubię sobie pozwolić na dużo więcej, a może nawet na wszystko!? Czytaj dalej

Udostępnij to:

Czy miłość może być sfałszowana?

Niekiedy dziwi mnie podejście niektórych ludzi do życia. Zwłaszcza osobistego. Do tego, co zwykle nazywają oni miłością. Widzę, jak gorączkowo poszukują swoich połówek, dążąc do uzupełnienia siebie. Wierzą w mit przyciągania się przeciwieństw. Ale jaką jedność może stworzyć choleryk z flegmatykiem, pedant z kochającym artystyczny nieład albo podróżnik z domatorem? Czy czują się ci ludzie niedokończeni? Odsłonięci z jednej strony (tej wrażliwszej i delikatniejszej) i dlatego pozbawieni poczucia bezpieczeństwa?
A przecież ludzie często łączą się ze sobą w ten właśnie sposób! Czy takie związki dowodzą istnienia przeznaczenia czy działania opatrzności? A może raczej wskazują na to, że wielu ludzi podświadomie układa sobie życia tak, by się nie udało? Magia czy resentyment? Tak czy inaczej spotykamy hybrydy związków ze zmaskulinizowanymi kobietami i sfeminizowanymi facetami, albo jeszcze jakieś inne poczwary – toczące ze sobą wojny o skrawek wolności lub ustępujące w imię tak zwanego świętego spokoju. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Miłością ją zwą

Doświadczanie potrzeby całkowitego zjednoczenia z kimś bliskim jest niejasne i bliżej nieokreślone, a nawet – jeśli się jej przyjrzeć z racjonalnego punktu widzenia – dziwacznej i nierozsądnej. Ale jest ono osobliwie rozedrgane falującymi i intensywnymi uczuciami, i o tyleż właśnie prawdziwe, rzeczywiste, wręcz namacalne. Niektórzy nazywają takie doznanie „miłością”. Ja jednak zastanawiam się, czy wolno przyklejać etykietki do dynamicznych stanów ciała i umysłu, nadając im konkretne znaczenia, przypisywać im jednoznacznie określone, sztywne nazwy. W ten sposób można je przecież mimowolnie zniszczyć: wyznaczyć dla nich małą stabilizację w obrębie nieprzekraczalnych granic, utrzymywać w ryzach reguł wytworzonych przez kulturę, nie dopuszczać do rozwoju! Na domiar złego można niechcący samemu wpaść w zastawione przez siebie sidła niewoli. Na przykład przeciętny związek małżeński. Jest zamknięty w klatce zakazów i nakazów. A do złudzenia przypomina bezpieczne schronienie! Choćby to nawet była złota klatka – wszyscy przecież widzą znudzenie, kompromisy, rutynę i te odgrzewane na palenisku rodzinnym emocje uwięzionych w niej ptaków. Czytaj dalej

Udostępnij to: