Niebo-piekło-niebo-piekło

Niebo-piekło-niebo-piekło

mal. A. B. Jagiełłowicz, „Niebo-piekło”, 1977, tempera na kartonie.

Od samego rana w naszym domu panował harmider. Zbliżały się święta, a nie wszystko było jeszcze gotowe. Na kuchennym stole połyskiwały małe szklane buteleczki z pachnącymi olejkami i stał słoik z konfiturą. Na srebrnej paterze leżały pomarańcze, cytryny, suszone śliwki, figi, daktyle, a w celofanowych woreczkach leżały orzechy i migdały. W rogu stał już wprawdzie wielki słój z pierniczkami lukrowanymi na różowo i żółto, ale przygotowania mamy wskazywały na to, że jeszcze nie koniec pieczenia słodkiego ciasta. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Zapach jabłka

Zapach jabłka

Pamięci Mistrza Bronisława Chyły

Wieczory środowe w naszym domu uświęcone były pewną tradycją. Co tydzień mój ojciec po przyjściu z pracy szybko zjadał obiad, po czym wyciągał z komódki metalowe pudełko z farbami, pędzle i pachnącą terpentyną buteleczkę z ciemnego szkła, w pośpiechu pakował to wszystko do wielkiej skórzanej torby i wychodził. Moja mama miała umysł matematyka i ekonomisty. Kiedy była czymś zdenerwowana mówiła, że ojciec traci środowy czas. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, żeby z farbami w torbie można było ponieść jakąkolwiek stratę. Podejrzewałam, że ojciec wychodzi z domu do jakiegoś tajemniczego miejsca żeby malować. Przeczucia nie zawiodły mnie. W pewne środowe popołudnie jak zwykle wrzucił do swej czarnej torby malarskie akcesoria. Włożył do niej jeszcze kilka moich obrazków i zakomunikował, że zabiera mnie ze sobą. Tę szczęśliwą dla mnie chwilę poprzedziło jednak pewne dosyć zabawne wydarzenie, którego w żaden sposób nie mogę tutaj pominąć.

Kilka dni wcześniej poprosiłam mamę, żeby narysowała misia Puchatka z mojej ulubionej bajki. Przyglądałam się przez jakiś czas jej mozolnej pracy z ołówkiem, gumką i kredkami. Jeszcze raz spojrzałam na kartkę i zaniosłam się histerycznym śmiechem. Moja mama – przestraszona wypiekami na mojej buzi – pobiegła do telefonu, by wezwać zaprzyjaźnionego z naszą rodziną lekarza. Gdy ten pojawił się niebawem, ja skakałam wesoło w łóżeczku całkowicie „uzdrowiona”. Ścianę natomiast zdobił rysunek niedźwiadka tak wielkiego, jak tylko pozwalała na to rozpiętość rączek trzyletniego dziecka. Tamtego pamiętnego wieczoru rodzice długo rozmawiali o moich malunkach i fascynacji kolorami. Myślę, że efektem ich sporów były moje pierwsze odwiedziny w pracowni malarskiej mieszczącej się w Ratuszu, w której mój ojciec spotykał się z artystami legnickimi i malował. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Na razie akwarele

Zwykle nie mogłam się doczekać, kiedy wszyscy wychodzili z domu. Stojąca w kącie pokoju dziewiętnastowieczna komódka, którą moi rodzice dostali w prezencie od babci Helenki i dziadka Walusia, skrywała w swoim wnętrzu skarby, o jakich marzyłam od zawsze: pękate tuby wypchane farbami, palety, rozpuszczalniki, oleje, werniksy i różnego kalibru pędzle z końskiego włosia – grube i cienkie, płaskie i okrągłe. Gdzieniegdzie z niedokręconych tubek wyciekła farba i można było rozkoszować się jej zapachem. Na wtłoczonych do szuflady paletach kolory mieszały się ze sobą. Bazgrołem lub rozbryzgiem tworzyły na nich chropawą powierzchnię, miejscami – tam, gdzie farba jeszcze całkowicie nie wyschła – miękką jak rozgrzana ciepłą dłonią plastelina i z podsychającą aksamitną skórką. Uwielbiałam naciskać na delikatną powłoczkę i palcem rozmazywać kolor. No, nie mogę powiedzieć, żeby moja mama, która zawsze utrzymywała pedantyczną czystość, była zachwycona tą zabawą. Barwne ciapki znaczyły moimi liniami papilarnymi cały dom i trzeba je było potem długo i dokładnie ścierać rozpuszczalnikiem z dywanów, podłóg, szyb, ubrań, naczyń… Nawet Mistrz Rembrandt nie doszedłby, jakimi kolorami i co jeszcze było upaćkane.

Czytaj dalej

Udostępnij to: