Testament dla mojego ptaka

Wiatr poruszając gałęziami drzewa, uderzał nimi o framugę okna. Chmury zaciągnęły się kurtyną na czarnym aksamicie nieba, przysłaniając Księżyc i gwiazdy. Pogasły nawet latarnie. Zrobiło się ciemno i duszno, jak przed burzą. Wtuliłam się w pluszowe oparcie fotela – powiernika najskrytszych myśli i uczuć – i zapatrzyłam w czeluść nocy. Nagle – pośród odgłosów świszczącego wichru i huku grzmotów – usłyszałam trzask otwieranego z impetem okna. Przy parapecie stała dziewczynka – bosa i we flanelowej nocnej koszulce w kwiatki. Zanosiła się od płaczu. Zamaszystym ruchem rączki zerwała powiewający na wietrze obrazek „domku dla mojego ptaka”, mocno nadgryziony przez ząb czasu i nadszarpnięty przez przeciwności losu. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Kolor z włosów wyczesany

Choć na podróżnych jak zawsze oczekiwała szklana winda ze stalową maszynerią, to ja ominęłam ją i ruszyłam przed siebie. Wspinałam się na samą górę kamienicy wąskimi, krętymi schodami z królewskiego drewna, wciąż pachnącego świeżością tropików. Z każdym kolejnym krokiem rosło we mnie napięcie, a serce niepokoiło coraz szybszymi i wciąż szybszymi uderzeniami. Pozostały jeszcze cztery stopnie do półpiętra najwyższej kondygnacji… trzy stopnie… dwa… jeden stopień… Aż wreszcie znalazłam się na zakręcie do siedmiu ostatnich schodków wiodących wprost na poddasze. Niespodziewanie uderzyło we mnie ostre światło. Mrużąc oczy jakimś cudem przemogłam jaskrawość snopa świetlistej bieli i podążyłam za nią wzrokiem. Niczym z iluminatora pojazdu kosmicznego, oślepiająca jasność wydobywała się z kwadratowego świetlika umieszczonego pod dachem – płaskim w tej części budynku, o surowej betonowej konstrukcji, nieharmonizującej z Afzelią połyskującą złotawo-pomarańczowo i z kryształowymi żyrandolami. Wiedziałam doskonale, że oddzielone ścianką drugie pomieszczenie na poddaszu to wykończona lakierowanym drewnem obszerna widownia w teatrze życia i śmierci. Poruszałam się w stronę jej drzwi wejściowych jak we mgle, powoli posuwając do przodu. Niewidząca, prawie bez czucia… Do ostatniego błysku świadomości. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Wśród papierowych domków

Od kilku dni ze smutkiem przyglądam się łączce – wesołemu miasteczku bąka, żuka i biedronki – rozciągającej się nieopodal mojego domu pomiędzy niezbyt ciekawą poniemiecką zabudową a ogródkami działkowymi. W zawrotnym tempie zamienia się ona w zgliszcza, a przecinający ją kaczy strumień, przy brzegach gęsto porośnięty sitowiem, wysycha. Tego lata żar bucha z nieba jak ze smoka. Całkowicie pochłonął już zarośla, w których jeszcze do niedawna mieszkały zające i jaszczurki, gdzie zaglądały nieraz dzikie kaczki. Zwykle o tej porze roku w wolnych chwilach wylegiwałam się z nimi w zieloności ubarwionej makami, chabrami, złocieniami i rumiankami. Ukryta w kwiatowej gęstwinie śledziłam włóczęgę powsinogów obłoków. Czytaj dalej

Udostępnij to: