Szczawiowa u dziadka Walusia… ze szczyptą erotyzmu

I cóż z tym życiem?

I cóż z tym pisaniem? Jak się ono ma do życia? Bo ja bym chciała życie zmieniać swobodnie, do twórczości je przybliżając, a nie odwrotnie – zamykać pisanie w celi konwenansów… z życia wziętych.

Zwykle w życiu lubimy zaczynać wszystko od początku. Ale i tak zakorzeniony w naszej kulturze pogląd o wiążących determinantach (genetycznych, społeczno-kulturowych, w końcu: wziętych z naszej osobistej przeszłości) nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Jeśli ktoś wie, jak się z tym uporać – czekam na receptę.

Na szczęście z moim pisaniem (i w ogóle z twórczością) jest inaczej. Lubię sobie pozwolić na dużo więcej, a może nawet na wszystko!? Czytaj dalej

Udostępnij to:

Nic nie przebije szczawiowej z ogonkami

Wyprawienie mojej mamy z domu na dłużej, powiedzmy na tydzień albo – jeszcze lepiej – dwa, nie należało do łatwych zadań. Musieliśmy się z ojcem zawsze solidnie nabiedzić, żeby taki plan zrealizować. Jak zwykle w podobnych sytuacjach ojciec bębnił palcami w stół i uśmiechał się Lisem-Chytrusem – jakby z odległych pozaziemskich krain spoglądał na świat. A to u niego oznaczało nie tylko wielkie zniecierpliwienie, o czym się często w różnych sytuacjach przekonywałam, ale też świadczyło o głębokim namyśle nad wyjściem z opresji. Twierdził bowiem uparcie, mimo licznych niepowodzeń, że nadzór prowadzony przez moją mamę w żadnym razie nie jest impasem i że nawet ze strażnikiem więzienia można sobie poradzić, a cóż dopiero z nią. Pogwizdując pod nosem, powtarzał w kółko w zamyśleniu odciskającym się głęboką bruzdą na jego wysokim czole.

– Trzeba tylko trochę pogłówkować…, trzeba trochę pogłówkować…, pogłówkować…

Zwykle wpadał na jakiś nowatorski pomysł wyjścia z tej niekomfortowej sytuacji, na przykład podchwytliwie wyolbrzymiając zatroskanie, usiłował skłonić ją do opuszczenia domu.

– Powinnaś trochę odpocząć! Za dużo pracujesz! – Perorował śpiewnie.

Podstęp oczywiście nie uchodził uwagi mojej mamy. Była czujna i na takie dictum odpowiadała bez wahania:

– A kto za mnie to wszystko zrobi?! – I szerokim łukiem zataczała ręką wielkie koło.

Ojciec nie należał do choleryków. Był człowiekiem spokojnym, zrównoważonym, choć czasami zdarzały mu się wybuchy… hmm… irytacji. Zwykle jednak reagował na pytania z rozwagą i po upływie jakiegoś czasu, nieraz nawet sporego, zaskakiwał morałem albo kąśliwą uwagą. Mama nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystała charakteru mojego ojca do swoich wyrachowanych celów. Nie słysząc natychmiastowej odpowiedzi, triumfowała:

– A gdzie znajdziesz kogoś, kto mnie zastąpi?! No gdzie?!

Wobec takiego obrotu sprawy ojciec poddawał się. Ale na krótko. Przegrywał bitwę, lecz nie rezygnował z wygranej na wojnie. Nie dziwiło mnie zresztą, że jego sprytnie wykombinowane akcje przeważnie jednak pozostawały bezskuteczne. Mama doskonale znała jego słabości i na okoliczność jego nieprzekonujących na ogół argumentów miała zawsze przygotowaną wymówkę, która – w jej przekonaniu oczywiście – była niezbitym dowodem na to, że jest niezastąpiona i że bez niej przede wszystkim nasz żywot, a później jej i innych ludzi, zakończy się marnie. A to umówione spotkania – z lekarzem, koleżankami, biedakami z naszej dzielnicy…, a to porządki, a to święta…, a to w końcu chęć pobycia… o zgrozo – z nami! Zawsze znajdowała się jakaś zaraza, która nie wypuszczała jej z domu. My natomiast jako te wolne ptaki – tęskniliśmy do swobody. I na nasze nieszczęście rzadko kiedy znajdowaliśmy kontrargumenty przeciw tym jej… powiedzmy… dowodom. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Pocałunek szpilki

Lekkim szarpnięciem samolot poderwał się z pasa startowego. Ziemia uciekała od nas coraz szybciej i szybciej, ale my chętnie pozostawialiśmy za sobą jej makietę: domki przypominające pudełka od zapałek – w zawrotnym tempie malejące, prostokąciki pól w odcieniach zieleni dojrzałego lata, wijące się wstążki rzek i dróg z samochodzikami… i wiele jeszcze innych drobiażdżków, których nie sposób wymienić – psy, koty, jaszczurki i kamienie… Tylko biały gołąb przez jakiś czas podążał tropem naszej smugi, aż w końcu zagubił się po nim wszelki ślad. Od startu minęło zaledwie parę chwil, a już wbiliśmy się w pierzaste obłoki, jakby upaćkane farbą fluoroscencyjną, i – wystrzeliwując w szafirową czeluść – poszybowaliśmy wysoko ponad chmurami. Tęsknota pociągała nas ku podniebnym przygodom.

Przez jakiś czas ciężar przyziemnych spraw nie pozwalał mi unieść się w powietrze. Wsłuchiwałam się, czy któryś z siedzących obok mnie pasażerów nie wyrazi swojego niedowierzania albo przynajmniej nie będzie zdumiony z powodu fenomenu lewitowania żelastwa. Ale nie wyłowiwszy żadnych komentarzy na ten temat z szeptanego szumu mało interesujących rozmów toczących się wokół, znużona ich monotonią jeszcze bardziej odchyliłam głowę do tyłu i wygodnie ułożyłam się w fotelu. Przymknęłam oczy. Zgodziłam się w końcu, żeby prawie niewyczuwalne kołysanie utuliło mnie do sennego marzenia. Natychmiast uświadomiłam sobie, że balansując na pograniczu jawy i snu, bez najmniejszego oporu materii przenoszę się do dobrze mi znanych, jakże odległych w czasie i przestrzeni miejsc. Czytaj dalej

Udostępnij to: