„Karpacz w piórach”

Ten wpis był dotąd czytany 985 razy!

Karpacz w piórach.

Jelenia Góra 2014

ISBN 978-83-62530-44-1, stron 128, format A5, okładka miękka

Wydawca: Stowarzyszenie Jeleniogórski Klub Literacki © 2014

Redakcja: Elżbieta M. Karmelita-Kotlarska

Projekt okładki: Mirosław Jerzy Gontarski

Wstęp: Elżbieta Maria Karmelita-Kotlarska

Posłowie: dr Alina Bernadetta Jagiełłowicz

W almanachu opublikowałam:

  • Jak skórka pomarańczy na str. 47-48
  • Wczoraj miałam zły dzień, Trupiarnia problemów – wiersze na str. 49
  • posłowie pt. Słowa puste i pełne na str. 113-118

Jak skórka pomarańczy

Pamięci Marca Chagalla i Pablo Picassa

Przez uchylone okno wietrzyk delikatnie powiewał wzorzystą firanką. Manuela przytuliła głowę do poduszki, ale nie mogła zasnąć. Była chora z miłości. Wpatrywała się w pogrążony w półmroku kąt sypialni, gdzie z wieszaka na podłogę ciężko opadały bogato udrapowane koronkowe falbany pąsowej sukienki, a na niej mgiełka szyfonowego welonu. Wreszcie dziewczyna zanurzyła się w błogiej muzyce nocnej ciszy. Niepostrzeżenie, jak wpełzająca mara, do pokoju wślizgnęła się Conchita. Trzymając w ręce pomarańczę, pochyliła się nad dziewczyną i pocałowała ją w czoło.

* * *

Chociaż słońce wtaczało się już za ciemniejące o tej porze madryckie kościoły, stare kamieniczki i przęsła mostów, na Puerta del Sol – kształtnej jak cząstka pomarańczy – wciąż było gwarno i tłoczno. Jeszcze przez kilka chwil jaskrawo świecąca czerwień tworzyła na szybach oślepiające refleksy, by nagle zgasnąć.

Conchita szczelniej owinęła się ażurową czarną chustą i zarzuciła na plecy wiklinowy, mocno sfatygowany kosz, załadowany niesprzedanymi tego dnia pomarańczami. Uginając się pod ciężarem słonecznych owoców, pokuśtykała wzdłuż Calle del Carmen. Posuwała się w stronę domu powoli, bezgłośnie i prawie na oślep. Tymczasem mrok zgęstniał tak, że nawet nie zauważyła, jak z koszyka wypadła dorodna pomarańcza i łypiąc jednym okiem naklejki „Jaffa”, potoczyła się po wyżłobieniach, pęknięciach i nierównościach chodnika.

Kobieta była tak bardzo zmęczona i stara, że nie pamiętała smaku życia. Chyba pół wieku temu, a może nawet dawniej, jak to sefardyjska dziewczyna zamknięta w świętej skrzyni nakazów i zakazów cnijut, skromnie i powściągliwie tęskniła do mężczyzny – do idealnie dopasowanej połówki pomarańczy i miłosnego przeznaczenia. Ale jak to pomarańczarka, śniada, ponętna, pachnąca aromatyczną skórką, zwabiła swojego macho – jak trutnia, na lep obfitej dorodności.

Żydówka i goj poślubili siebie nawzajem z dala od klątwy krewnych, potępienia starych panien i zawiści pospólstwa. Pod dachem rozgwieżdżonego nieba dźwięki Baruch Haba płynęły z uniesień ich serc, a do weselnych pląsów przygrywał im szał. A potem w miejscu odosobnienia, gdzie jedynym ich strażnikiem było drzewko madroño, uzupełniali siebie nawzajem, do białego rana swawoląc. Odsłaniali swe najbardziej subtelne wdzięki dusz i ciał. I w żaden sposób nie mogąc się ze sobą skleić, bez opamiętania ponawiali próby scalania.

Po dziewięciu miesiącach przyszedł na świat Benito. Potem Josefina i Francisca. Później Manuela. I jeszcze Marija. Miguel nie skąpił nasienia, nie opuszczał uniesień godowych swojej coraz mniej powabnej, ale za to rodnej i pracowitej królowej. Co więcej, ten niezaspokojony samiec i niezmordowany reproduktor był zupełnie jałowy i bezczynny. Trunkami tylko nie gardził. A do awantury i bijatyki, hulanek i swawoli zawsze stawał pierwszy. Więc Conchita przepędziła go z domu. Niedługo potem podsłuchała, że gojki naśmiewają się z jej naiwności. Przechwalały się, jak z nimi figlował. Podobno znaleziono jego ciało pod ich drzewkiem poziomkowym, lecz czy zmarł, czy został zamordowany? Tego nikt nie wiedział! Wkrótce pochowała ukochaną córeczkę – Mariję, a po niej Josefinę. Do nieba odszedł też Benito i Francisca.

Ludzie powiadają, że Conchita postradała zmysły. Nie była już tą samą kobietą, świeżą, apetyczną, pociągającą, rzekłbyś – soczystą jak miąższ pomarańczy. Chociaż od dawna wiedziała, że szczęście nigdy nie może być całkowite, to jednak coś się w niej załamało i pękło. Jakby połówka, którą kiedyś była albo chciała być, runęła w przepaść i bezpowrotnie rozpadła się. Z nikim już nie rozmawiała, a na targ przychodziła zawsze pierwsza i pierwsza też znikała, przemykając cichaczem mrocznymi zaułkami. To już była zupełnie inna pomarańczarka.

* * *

Conchita pochylona nad Manuelą wyszeptała do jej ucha:

– Miłość jak skórka pomarańczy, zawsze pachnie i jest dla tego, kto zechce rozkoszować się jej wonią.

I chociaż nie nadeszła jeszcze pora na wyrażenie żalu z powodu zniszczenia Jerozolimy, a pan młody wciąż nie stłukł weselnego kieliszka, ona – jak zaklęcie – zawczasu zaśpiewywała w ladino słowa Psalmu:

– „Jeśli zapomnę o tobie, o Jeruzalem – niech uschnie prawica moja”.

To tak, jakby chciała magiczną mocą przepędzić nieuniknione przecież w życiu złe fatum. Chwilę później Conchita rozwiała się niczym duch, przenikając w półcieniu przez pierwszą tego ranka, blado-mleczną smugę prześwietlającą firankę.

A tymczasem świt całkiem już odsłonił swoje oblicze. Rumieniąc się wstydliwie, promykiem popieścił Manuelę po włosach i pociągnąwszy figlarnie za czerwoną nić Racheli, wyjął dziewczynę z surrealnego świata rozkołysanych mamideł ze snu: aniołów, chasydów, cadyków, nosiwodów, skrzypków i modlitwy tańczonej w świetle świec. Na jej kołdrze leżała pomarańcza o chimerycznym odcieniu kaprysu, w kawie o poranku mieszającego brzask z wanilią, goździkami i z krzyną cynamonu.

Wrocław, wrzesień 2014 r.

Wczoraj miałam zły dzień

Zapragnęłam bogactwa życia,
wspólnoty z ludźmi i miłości,
lecz w lustrzanej tarczy zegaro-przedmiotu
ujrzałam siebie – dręczącą postać odludka.
Dziś jest już lżej – zabiłam pragnienia.

 

 

Trupiarnia problemów

Cztery ściany,
za nami pustka wspólnych chwil
samotnych w mdłej trupiarni
problemów filozoficznych.

Toń twojego spojrzenia
błękitna wczoraj,
dzisiaj obcość bez zwierzeń,
mimo dotknięcia.

Czy tak już pozostanie,
że nie będę miała odwagi
wyjść z rozważań
do ciebie?

Cztery ściany,
za nami pustka słów
w trupiarni problemów
i nicość bez ciebie.

 

Słowa puste i pełne

Biorąc do ręki szacowną księgę Karpacz w piórach zapytam, czy artystom wkładającym w nią swoje słowo-uczucia udało się wyrazić treść istotnie przekształcającą samo życie, a nie li tylko zaspokajającą potrzebę estetycznego doznania? Sami poeci, publikujący swoje utwory w niniejszym almanachu, borykają się z tym odwiecznym dylematem artysty. Jan Owczarek w wierszu Navigare necesse est pyta:

i jak to opowiedzieć jak opisać
gdy skrzypią miarowo maszty i grodzie
a księżyc pełznie tajemniczo po falach
i śpiewają w jego blasku delfiny

i gdy się w jakimś przebłysku samoświadomości
nagle rozumie sens Wszechświata.

Formułując problem, odwołam się do fragmentu wiersza Kazimierza Burnata pt. Bezdenna niebieskość:

Za rogiem ostatniej sekundy
plantacje ducha
pędy rwące ku niebu
w wieczność.

Prawda i fałsz w poezji nie odnoszą się do logiki formalnej ani nie służą gromadzeniu faktów, lecz są wyznacznikiem autentyzmu doznania. Emocjonalną rolę prawdy historycznej zawartej w poezji doskonale obrazuje Elżbieta Maria Karmelita-Kotlarska:

czy
szablon działań w orbicie zbrodni
zamach na zdrowy rozsądek
na podstawy nauki
– wymagają ofiary brzozy?

Tymczasem Mirosław Jerzy Gontarski w swej poezji dokonuje wyraźnego rozgraniczenia pomiędzy słowem pustym, które przewija się w samozadowolonym życiu konformistów, a słowem wznoszącym do najwyższych bezpośrednich doznań:

wojna to sztuka rzekł myśliciel
to taka zabawa
z tej zabawy mało jednak wynika
kiedy musisz lizać rany
i pochować przyjaciela

Dlaczego w życiu tak często skazujemy siebie na jałowe dywagacje, klecone ze słów pustych, zamiast przeciwstawiać owym „pustakom” słowa, które dotykają do żywego, przemieniając nas samych istotowo, w naszym bycie?

Ewa Bednarek-Matusiak uwyraźnia ów problem w opowiadaniu Gabinet cieni. Wkłada w usta młodego mężczyzny w okularach bez ramek pytanie:

– Nie rozumiem dlaczego właśnie poezja ma stanowić takie zagrożenie?

i odpowiada na nie:

– Pan jest jeszcze młody i niewiele wie o człowieku. Umysł można oszukać, zmanipulować, ale dusza pozostaje zawsze wolna. Ona ma tą straszną właściwość, że umie uzmysłowić człowiekowi, że jest kimś więcej, niż mu się wydaje i to jest niebezpieczne.

Powstaje zatem kwestia: „Jak pozbawić ludzi dusz?”. Wystarczy sprawić – kontynuuje swą myśl Autorka – że zapomną o ich istnieniu:

– Sposobów jest wiele. Najczęściej wystarczy uzależnienie od alkoholu, narkotyków, kawy, cukru, konserwantów, informacji, by kontakt z duszą wywoływał ból. Można zająć umysł, przynosząc mu bezwysiłkowy dobrostan i sztuczne emocje: poprzez seriale, programy paradokumentalne i tym podobne. Ludzie, którym wydaje się, że prawdziwe życie biegnie gdzieś daleko i obok, i jest dla nich niedostępne, są głusi na wołania duszy. To można wykorzystać.

Słowa zrozumiałe albo niezrozumiale, łatwe lub trudne, słowa krytyczne, postulujące, wartościujące, pochlebcze, zabawne, poważne, wulgarne… rzeczowniki, czasowniki, przymiotniki, przyimki, zaimki… Posługujemy się słowami mniej lub bardziej świadomie, opowiadamy o sobie oraz o ważnych albo mniej istotnych sprawach tego świata. Żyjemy słowami, ale poeta „Jest milionerem własnych słów” – pisze Urszula Jonkisz w wierszu Poeta. „Jestem jeszcze patykiem pisany” – obnaża swą rozterkę poety Zbigniew Mysłowiecki, a Wiesława Siemaszko-Zielińska zwierza się w Inspiracjach: „noc i dzień w zakamarkach słów” i dopowiada w wierszu Nikt nie powiedział…, że będzie łatwo:

czasem potykasz się
o syzyfowe życie
samotnie
tocząc pod górę
swój los.

Często zdarza się, że ludzie dbają o formę wypowiedzi, o piękne połączenia słów, finezyjne zawijasy stylistyczne. Innym znów razem, zwłaszcza w rozprawach naukowych, treść góruje nad formą literacką. W nich język sformalizowany – na ogół niezrozumiały dla przeciętnego czytelnika i wyczyszczony z uczuć i emocji – sprawia, że wypowiedź jest niejasna i nieprzystępna, że jest „za trudna”, „za mądra”. To znów inni nie dbają ani o treść, ani o formę. Ględzą, plotkują, mielą słowa dla przyjemności samego gadania, dla zaspokojenia swych żądz lub zabicia czasu.

Odnieść można wrażenie, że ludzie przeważnie wypełniają swe wypowiedzi pustymi słowami, lubią się nimi karmić. Jak mole wgryzają się w fast foody ze słów sporządzone, nawet nie podejrzewając, że uzależnili się od strawy napychającej wiadomościami o wątpliwej wartości. Przybywa mózgom na wadze, puchną z nadmiaru informacji, a tymczasem odwrotnie proporcjonalnie do tego rozrostu spada kondycja świadomości i głębia prawdziwego poznania oraz odczuwania. To o nich właśnie pisze Marta Michalska w wierszu Zatrzymując w biegu wiatr:

Patrzę na świat
Jest plastikowy
Kartonowe pudła imitują domy
Hologramy udają drzewa
Sztuczne kobiety malują silikonowe usta
Udawani mężczyźni wsiadają do blaszaków
W ustach żują falsyfikat papierosa

A ja prawdziwa…

 

* * *

Niech zatem przytoczona poniżej dykteryjka wyświetli zasadniczą różnicę, istniejącą pomiędzy „słowami pełnymi” a „słowami pustymi”, pomiędzy prawdą poetycką a fałszem. Bez tej świadomości bowiem trudno byłoby określić wartość nie tylko niniejszego tomu, ale również i każdego innego werbalnego przekazu:

Pewien człowiek kroczył ongiś przez pustynię prywatnego życia. I choć wokół aż roiło się od podobnych do niego istot, on wiedział, że musi samotnie przebyć swoją drogę, samodzielnie podejmować wszystkie decyzje dotyczące osobistej egzystencji. Indywiduacja i ontyczny status jego jednostkowego człowieczego bytu, stawiały mu to surowe wymaganie, a on – chcąc doświadczyć pełni – poddawał się im całkowicie i nie dyskutował z nimi. Nikt nie mógł przeżyć życia za niego! To byłby przecież absurd! Z całą pewnością człowiek ów mądralińskim piewcą sofizmatów nie był i z mędrkowania nie uczynił cnoty swojego istnienia. Za to życie przeżywał intensywnie, kawałek po kawałku. Doświadczał go tak, jakby rozpaloną żerdzią był przypalany – do bólu i dogłębnie.

Człowiek ów był obciążony różnorakimi tobołkami. Dźwigał w sobie fantazje oraz wyobrażenia, poglądy i opinie, sądy racjonalne i irracjonalne, nadzieje
i rozterki, uczucia i emocje, ból i lęki. Można powiedzieć, że był nimi hojnie obdarowany. A one wszystkie – doświadczane bezpośrednio – sprawiały, że jego życie było mięsiste, w każdym ułamku sekundy i w każdym calu nasycało się sensem.

Lecz pomiędzy tymi wszystkimi zawiniątkami człowiek znalazł jeszcze jeden niezwykle tajemniczy pakunek, najbardziej chyba uwodzicielski, ale też – jak się potem okazało – zwodniczy, iluzoryczny, niebezpieczny. Był on zapieczętowany i opatrzony ostrzegawczym napisem: „NIE ROZKRĘCAĆ – GROZI USZKODZENIEM MIERNIKA WRAŻLIWOŚCI” oraz obwiązany sznurami
i przyczepiony nimi do pozostałych tobołków. Zaintrygowany człowiek wziął do ręki paczuszkę i potrząsnął nią przy uchu, nie do końca będąc pewnym zawartości. Ale lawina wyrzucanych z niego dźwięków zbliżonych do zgiełku ogłuszyła go, wyzwalając nieprzyjemne wrażenie. Zajrzał więc do środka przez szparę. A w paczce, jak w kalejdoskopie, wielobarwne i różnokształtne litery zespalały się w słowa, a te – wyjątkowo czułe na najmniejsze nawet poruszenie – tworzyły niezliczone i absolutnie doskonałe układy znaczeń i wartości.

Cudowne wzory sensów olśniły człowieka i zafascynowały swą różnorodnością. Nie wytrzymał. Wiedziony po trosze ciekawością, a po trosze przekorą, wbrew zakazowi otworzył pakunek i rozmontował znajdujące się w nim urządzenie. Wysypał całą jego zawartość, a one zamieniły się w bezładną stertę. W jednej chwili czar prysł, lecz człowiek zdawał się tego w ogóle nie dostrzegać. Nie dawał za wygraną. Wyjmował litery, jedna po drugiej. Z ledwością dobierał je, dopasowując kształty i wielkości. I w końcu – nie wiadomo czy to bawiąc się, czy pracując w pocie czoła – udało mu się złożyć ze sobą dwa słowa: „ELEMENTARZ ŻYCIA”.

Od tego czasu życie człowieka nabrało zupełnie nowej i nieznanej dotąd treści. Utracił on zdolność doświadczania życia, co prawda w samotnej wędrówce, ale bezpośrednio. Zamiast tego mozolnie opowiadał swój żywot innym ludziom: interpretował i rozpamiętywał, analizował i tworzył, używał rozumu i fantazjował. Stawał się powoli filozofem i poetą. Sporadycznie jednak udawało mu się stopić aktualnie doznawane przeżycie z wypowiadanym słowem. I wtedy właśnie doświadczał olśnienia. W takich chwilach przekraczał wszelkie granice, osiągając poziom nieznanego sobie dotąd stanu. W takich chwilach stawał się nowym człowiekiem. I uświadamiał sobie, że prawdziwa miłość rozwija się zamiast kultury.

* * *

Przyjrzyjmy się uważnie życiu, owym zawiniątkom pielęgnowanym przez człowieka, o których również Arkadiusz Włodarski wspomina:

zwojem splątanych dróg
wyruszam w świat
tobołek doświadczeń na plecach
garb przędzy, mieszek próżności,
ironia, śmiech, gra.

Zauważamy, że ludzie tęsknią do głębokich relacji, pragną doznawać pełni życia. Dlaczego tak wielką trudność sprawia im bezpośrednie doświadczanie istnienia
w teraźniejszej obecności? – Oto sięgają do przeszłości, opierają się na przyswojonej wiedzy i przypominają odczucia. Ale też często wybiegają myślami naprzód i fantazjują. Ludzie żyją słowami. Sądzą, że manipulując nimi osiągną zamierzony cel, że dostąpią pełni. Mają skłonność do projektowania zdarzeń, lubią układać scenariusze spotkań. Nie rozumieją, że wyreżyserowane sytuacje nie dotykają życia bezpośrednio, lecz opierają się na starej wiedzy (żeby nie powiedzieć: przestarzałej), a często na odczuciach w tym konkretnym momencie nieaktualnych albo wyzwalanych przez stłumienia. One uniemożliwiają prawdziwie twórczą i spontaniczną aktywność.

Być może ludzie tęsknią do autentycznych przeżyć, ponieważ znają gorzki smak nieprawdziwych relacji? I wiedzą, że mogą być one świeże tylko wtedy, kiedy doświadczą tego, co jest aktualnie obecne w nich samych i w drugim człowieku. Takie przeżycia wynikają z czujnej obecności, ze wsłuchiwania się we wszystkie napływające sygnały i informacje, z wrażliwości i natychmiastowego reagowania. To komunikaty „z duszy do duszy” – pisze Ewa Bednarek-Matusiak. One są zawsze improwizowane. Wtedy wszystkie nieharmoniczne dźwięki świata milkną, by naprawdę doświadczyć obecności, jak w wierszu Andrzeja Bartyńskiego Aktor:

a jednocześnie gestem
ruchem i grą ciała
podkreślał słów ekspresję
chociaż widownia nie widziała

słuchałem słuchałem słuchałem
a chociaż nie widząc widziałem.

Kiedy ludzie są skupieni, ich myśli rezonują. W takich chwilach nie widzą potrzeby używania wielu słów. A zdarza się, że i bez nich można wytworzyć jakość życia całkiem dotąd nieznaną i fascynującą, doznać uczucia bliskości, a nawet jedności. Niejednokrotnie posługując się słowami ludzie odczuwają niepokój albo pustkę. I nigdy nie udaje im się w pełni wypowiedzieć siebie, może dlatego, że nie znajdują odpowiednich – pełnych – słów, a może po prostu dlatego, że nie istnieją? Może właśnie z tego powodu ludzkie słowa odbijają się rykoszetem od muru myśli i całkowicie zmieniając swoje znaczenie, uderzają w innych, raniąc dotkliwie? To bitwa na słowa! Walka o to, by racja leżała po czyjejś stronie! To chwyty erystyczne wyznaczające granice ludzkich aspiracji – zasłona oddzielająca ludzi od siebie.

Jak to się dzieje, że w ustach człowieka niektóre słowa wyostrzają się, stają się jak brzytwa?! Nietrudno zadać nimi rany, zwłaszcza wtedy, kiedy dotykają delikatnych spraw. A gdy są rozumiane opacznie, prowadzą do nieporozumienia. Słowa same w sobie są obojętne, a przecież wypowiedziane z określoną intencją zapadają głęboko w serce i choćbyś chciał je unieważnić, wymazać, zamienić na inne – nie dokonasz tego. Masz moc powoływania słów do życia, lecz unicestwić ich nie zdołasz! To chyba dlatego, że słowa wyzwalają emocje i uczucia, a te są najważniejszym składnikiem nas samych, są wypustkami naszej wrażliwości. Kształtują naszą strukturę ekspresji: piękna bądź brzydoty. Tymczasem uczucia nie są ani dobre, ani złe. Zawsze są spontaniczne i żywiołowe. Mówią po prostu, jacy naprawdę jesteśmy, co przeżywamy.

Słowa to tylko ciąg znaków mniej lub bardziej znaczących, zrozumiałych… Tymczasem ważne jest to, co za ich pośrednictwem wylewa się z wnętrza. A najważniejsza jest uświadomiona obecność – najwyższy stan medytacji. To energia, dzięki której można przekazywać nasze najlepsze odczucia, dotykać miłości. Jest ona przemieniająca, daje poczucie nieograniczonej radości i satysfakcji, wznieca entuzjazm, pobudza, jest czuła i ciepła, ekscytuje.

To o tym absolutnie doskonałym stanie obecności pisze Barbara Pawłowicz w wierszu Kasztany:

a kiedy w ciszy dotykam miłości
myślę to dobry los zesłał mi ciebie.

I choć same w sobie słowa są obojętne, Ty jednak – Czytelniku Karpacza w piórach – masz moc ożywiania ich siłą swego wewnętrznego doznania.

Wrocław, listopad 2014 r.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz