Drugie imię Elnis

Ten wpis był dotąd czytany 890 razy!

Spojrzałam na zegar. Było już południe. Dzisiejszy duszny i senny dzień od samego rana odurzał balsamiczną wonią palonych w ogrodach liści. Nie mogę powiedzieć, żeby wena mnie opuściła. Jednak ciepło i niebieskawy dym wpełzający przez uchylone okno, rozsnuwający się po kątach pokoju, nie zachęcały do wysiłku, raczej wprowadzały umysł w stan rozleniwienia i ekstazy. Mimo późnej jesiennej pory słońce wciąż oślepiało ostrym światłem. Nieznacznie odsunęłam fotel od biurka, uchyliłam szerzej okno i energicznym ruchem zasłoniłam je cienką zasłoną w odcieniach magenty, karminu i ochry, złamanych na tureckim wzorze turkusowymi akcentami. Na ścianie natychmiast pojawiły się cienie zygzaków i meandrów. Falowały przez jakiś czas, aż w końcu zamarły w bezruchu.

Usiadłam w fotelu i prawie nie poruszając się, zanurzyłam w przestrzeni nasączonej wewnętrznym światłem barw – zamknięta w kalejdoskopie wrażeń, przyczajona i wrażliwa, pozwoliłam sobie na swobodę myśli, rwący potok uczuć. Przymknęłam oczy. Pod powiekami oślepił mnie negatyw cieni – przez moment drgający, aż blednąc zastygł by nagle zniknąć. Jedna po drugiej, rozwijały się przede mną klisze pamięci ze wzorem życia i konwulsją umierania. Odżywały pożółkłe już wspomnienia. I jeszcze na dodatek niepotrzebnie wdał się ze mną w dyskusję smutek z powodu bezsensu mojego życia – mało istotny dla ciebie właśnie i wieczności szczegół. Wyraźnie ujrzałam jak twoje skronie – przyprószone siwizną – przybliżają wszystkie odcienie szarości mojego niespełnienia.

Czyż to nie paradoks, że odczuwam jako wewnętrzny przymus pasję, która zresztą z powodu wchodzącej w moje życie miłości zrodziła się we mnie niespodziewanie? W jakimś sensie pisanie wymusza na mnie zmaganie się ze sobą, a świadomość ciężaru słów sprawia mi niemal fizyczny ból. W głębi duszy wiem, że słów nie trzeba wielu, lecz przecież często nawet te nieliczne ranią. Ale mimo to za trudno jest nauczyć się wznosić uczucia nad pustynię milczenia. Może więc milczenie bardziej boli, niż słowa? Dzięki słowom staję przed tobą ja – medium własnych sensów. Czy to źle, że są one zatopione w doznaniu ciebie?

Czasem zdarza mi się powracać do uczuć. Przypominam sobie zapachy, kolory, dźwięki, nastroje… twoje ciepło i… skurcze serca. W takich chwilach na nowo pytam o sens miłości niepotrzebnej i nadaję rzeczom nazwy, a wraz z nimi – znaczenia skrojone już na miarę nowej osoby, jaką staję się przecież w każdym momencie osobistego życia. Nowej, ale i tożsamej ze sobą, bo przecież moje imiona wciąż i nieodmiennie wskazują na differentia specifica mnie samej.

Powroty na przełaj uczuć i słów opisujących je, odwoływanie się do treści znajomych i dojmujących – to fenomenalne przeżycie. Takie powroty zaskakują obrazami z przeszłości sklejonymi w jednym autoportrecie. Chciałabym wiedzieć, jak rodzą się we mnie słowa i jak mogłabym dotykać nimi najgłębszych pokładów istnienia. A przecież nie chodzi o słowa, których znaczenia znane są ze słownikowych definicji, suchych i precyzyjnych, oczyszczonych z uczuć, emocji i doznań ciała. Myślę o moich własnych słowach, o mediatorach i nośnikach treści rodzących się w bezpośrednim zetknięciu z prawdziwym życiem. Myślę o słowach, których nie znajduję.

Jak człowiek pierwotny przeżywał swoją obecność w świecie? Wyobrażam sobie, że nie spekulował na temat śmierci i miłości, ani też nie snuł na ich temat teorii czy abstrakcyjnych wizji. Jestem przekonana, że doświadczał życia wprost, szczerze i całym sobą. Rozstrzygał problemy dzięki natychmiastowym reakcjom ciała i umysłu. Doznawał wstrząsających uczuć zdziwienia i lęku, zachwytu i niepokoju, obcości i bliskości – autentycznych i nieprzeintelektualizowanych. Musiał czuć się bezradny wobec tych wszystkich sprzecznych doznań, wyzwalanych przez obcy świat, przerażający i niepojęty. A jego namysł nad sensem i bezsensem prawdopodobnie nasycał się powoli pragnieniem coraz głębszego rozpoznawania rzeczywistości takiej, jaka ona faktycznie jest, wnikania do istoty „rzeczy samej” i nadawania jej imion – zgodnie z rytmem życia. To intensywne, żarliwe pragnienie najpewniej potęgowało w nim magiczną siłę mądrości.

Musiała się jednak dokonać radykalna zmiana w samym człowieku, skoro podstawowa idea filozofii została dziś wypaczona do tego stopnia, że zaczęto od niej wymagać naśladowania metod naukowych – przestrzegania sztywnych reguł, dzięki którym przez szkiełko analityka dochodzi się do pozbawionych namiętności, suchych informacji o faktach. Czyż w następstwie podporządkowania filozofii zasadom poznania naukowego nie doczekaliśmy się śmierci jej samej? Przypisując racjonalnemu poznaniu odrębność i niezależność, oderwaliśmy język od codzienności i uczucia od rozumu. Filozofowie przestali dociekać istoty rzeczywistości, nie zamyślają się już nad światem. Dotarli do swojego kresu, pokładając wszelkie nadzieje w historii filozofii, dziedzinie wiedzy podległej rygorom poznania naukowego, i od tej pory w niej już tylko realizują swoje powołanie.

Wobec tego czym są słowa dla nas – współczesnych ludzi? A czym mogłyby one być, gdybyśmy nie uprościli, nie sprymitywizowali samego życia, rozcinając człowieka na dwie części nierównoważne pod względem przyznawanej im wartości? Czym mogłyby być dla nas słowa, gdybyśmy nie oddzielili uczuć od rozumu? Dlaczego tak często dryfujemy po mieliźnie słów i nawet nie podejrzewamy, że jesteśmy martwi kiedy paplamy o niczym, jak również i wtedy gdy wynosimy język na wyżyny abstrakcji? I tylko sztuka, jak się wydaje, nie splugawiła się jeszcze.

My, ludzie żyjący w świecie rozwiniętym naukowo i technicznie, czujemy się równie bezsilni i przerażeni, co ów pierwotny człowiek. Rzecz chyba w tym, że on lękał się kontaktu bezpośredniego z sobą samym, ze swoim najbliższym otoczeniem, z siłami przyrody i z Kosmosem. Bał się współodczuwania i doświadczania bliskości drugiego człowieka, choć zarazem całą swą istotą pragnął tego przeżycia. Podejmował próby pokonywania progów – w rytuałach, magii, polowaniu, seksualnym zjednoczeniu… Trawiło go życie samo.

My, współcześni i ucywilizowani, jesteśmy zupełnie innymi ludźmi. Żyjemy pustymi słowami… i papierami wartościowymi. Stajemy się sztywni, jak one. Puści, obojętni, martwi. Nawet miłość przestaje być głęboko wstrząsającym doznaniem naszego osobistego istnienia, a staje się interpretowanym na różne sposoby słowem, dzielącym i kategoryzującym uczucia, podporządkowującym je ideologii czy religii, usprawiedliwiającym i zasłaniającym mizerne działania, lęki, przekonania, pożądliwości… Dzięki słownym manipulacjom nawet miłość poddaliśmy komercji. Brakuje nam zrozumienia, że słowa odzwierciedlają dynamikę życia – takiego, jakim ono jest, naszego osobistego i konkretnego, a nie jakiegoś wyabstrahowanego, istniejącego w teorii. Nie dostrzegamy, że słowa są elastyczne (i nie oznacza to wcale przyzwolenia na relatywizm etyczny!). I nie jest chyba też obojętne dla wartości wypowiadanych słów, jakie my sami nosimy imiona, kim rzeczywiście, w najgłębszej istocie, jesteśmy.

Potrzebujemy przenieść słowa z metafizyki do codzienności. Jak to ujął Wittgenstein? – „Nasze umysły są opętane przez słowa i wymagają uleczenia”?! Dziwnie bliska jest mi jego metaforyka. Odczuwam potrzebę przeciągnięcia nici mojego osobistego rozumienia przez „zapętlone słowa” pochodzące z dziwacznego świata metafizyki wznoszącej się na wielkich systemach przeszłości. Chciałabym na powrót przewlec te słowa na prawą stronę istnienia – na stronę mojej codzienności i działania. Na pewno nie będę się wstydziła tego, że tęsknię do słów, które dotykają bezpośrednio. Zresztą to jest chyba najważniejsze przesłanie dla wszystkich ludzi naszych czasów – zagubionych w świecie maszyn… i pustych słów. Ludzi bogatych intelektualnie i materialnie, lecz ubogich duchem, nie znających wartości pełnego słowa. Nie znających nawet wartości życia i miłości.

***

Znów mimochodem spojrzałam na zegar. Wskazówki przesunęły się zaledwie o kilka minut. I kiedy przestałam myśleć o czymkolwiek, poczułam jak unoszę się w powietrzu nad rozległym brunatno-piaskowym terenem, podobnym do pustyni albo kamienistego nieużytku. Ale nie byłam ani przerażona, ani nawet zdumiona tym osobliwym zdarzeniem. Wytężyłam tylko wzrok, żeby przyjrzeć się dokładniej szczegółom zaistniałej sytuacji. Na powierzchni pustkowia dostrzegłam rysunek wyrytego obwodu prostokąta – delikatny i o nieregularnej linii. Natomiast w północno-zachodniej części bezkresnego obszaru ktoś siedział skulony, ale poza obrębem wydzielonego miejsca. Z postawy przypominał trochę Myśliciela Rodina, lecz rysy jego twarzy i cała sylwetka nie były wyraźne, jakbym go oglądała z bardzo dużej odległości albo przez matową foto-chromatyczną szybę. Nagle postać podniosła się z ziemi i kierując kroki na Wschód, szerokim gestem skinęła na mnie i odezwała spokojnym, ciepłym głosem:

– Chodź ze mną!

Poczyniłam nawet pewien wysiłek woli, by podążyć za tą dziwaczną, ale jak najbardziej budzącą zaufanie osobą. Bardzo szybko straciłam ją jednak z pola mojego widzenia. Tymczasem całe pustkowie – niczym papierowa chusteczka – zwinęło się w niewielki tobołek i momentalnie zniknęło.

Rozejrzałam się dookoła. Na biurku białe kartki rozłożonych książek wciąż odbijały jaskrawe światło. Słońce prześwietlało cienką wielobarwną zasłonę i oślepiało tak bardzo, że musiałam zasunąć żaluzje. Spojrzałam ukradkiem na tarczę zegara, ale wskazówki jakby zastygły w bezruchu. Od czasu, kiedy na nie spoglądałam ostatnio, nawet nie drgnęły. A wydawało mi się, że moja przedziwna wędrówka trwała o wiele dłużej, niż okamgnienie!

***

Próbowałam powrócić myślami do opowiadania „Drugie imię Elnis”, które właśnie pisałam, lecz wizja prostokątnego obrysu nie dawała mi spokoju. Wręcz narzucała myśli o jałowej, dotkniętej martwicą ziemskiej egzystencji, ograniczonej, monotonnej i schematycznej, gdzie życie bardziej przypominało cmentarzysko z grobami pobielanymi, niż twórcze współistnienie. Zresztą – poza wspomnianą osobliwą postacią – na oglądanym pustkowiu nie zauważyłam ani form życia osobowego, ani nawet śladów jakiejkolwiek ożywionej materii. Czy poraziła je znieczulica, zniszczył kataklizm, czy też wyginęły wskutek samozagłady? A może życie na tym ugorze nigdy nie zagościło!

Doznane przeze mnie przygnębienie wskazywało na dramatyczny scenariusz przedstawienia, którego byłam i świadkiem, i uczestnikiem. Chociaż widziałam nieostro, jakby przez mgłę, to jednak dzięki oddaleniu mogłam spoglądać z szerokiej perspektywy. Ogarniałam całość wraz z jej ogólnym nastrojem i subtelnym przekazem symbolicznych znaczeń. A moje myśli nie były optymistyczne. Właśnie przypomniałam sobie, jak kiedyś przyśnili mi się ludzie noszący w sobie małe tobołki. Każdy ze swoim własnym zawiniątkiem, o specyficznym odcieniu osobistej porażki, którą trzeba było dopiero pokonać, by życie nasyciło się sensem.

– Człowiek dotąd jest, aż zje ostatni kawałek jabłka – powiedziałam do siebie półgłosem i aż zrobiło mi się gorąco, bo nagle uświadomiłam sobie, że koleje mojego prywatnego życia i to, kim faktycznie jestem, zależą tylko ode mnie, od mojej pasji istnienia i pokonywania ograniczeń. Tak czy inaczej, w życiu trzeba dojść do samego końca. I nikt nie może za nas przeżyć naszego własnego istnienia, ani przełożony, ani dyktator, ani nawet autorytet. Co stanie się potem? – Na razie nie wiadomo, choć mam swoje wielkie marzenie na wypadek, gdyby miało się okazać, że życie nie kończy się wraz z ziemską wędrówką. I nie marzę o jakiejś premii w postaci nieba czy ziemi obiecanej za dobrze rozegrane życie, jakkolwiek by sobie ich nie wyobrażać! Najpierw jednak muszę osiągnąć pełnię siebie samej: dotrzeć do kresu człowieczej przygody, której jestem i uczestnikiem, i obserwatorem.

Powróciłam myślami do postaci, która przebywała poza prostokątnym obszarem, przywodzącym na myśl martwy świat. Ta osoba wprowadzała na pustkowie ciepło i spokój. Kim była? Pamiętam inne – bardzo podobne pod względem doświadczanych emocji – doznanie obecności istoty, która mówiła do mnie, że mogę traktować ją jak człowieka. Czyżbym do tego stopnia była spragniona ludzkich uczuć, że mój umysł zaprojektował marzenie w formie obrazu żywej osoby? Istnieje też zupełnie inne wytłumaczenie moich wewnętrznych przeżyć: kiedy myśli nie ględzą, a uczucia nie szamoczą się, jestem w stanie wnikać w głębokie pokłady świadomości.

Ale jakie znaczenie dla samej istoty rzeczy może mieć źródło tych moich hermetycznych myśli? Jest chyba obojętne, czy docierają do mnie za pośrednictwem jakiegoś obcego i niezwykłego medium, czy też lęgną się w mojej głowie jako efekt aktywności psychofizycznej albo tej, nazywanej ogólnie życiem duchowym – jeśli ktoś woli odwoływać się do sfery ponadzmysłowej i ponad-intelektualnej – o której zresztą na pewno nie wiadomo nic, ani jaka jest, ani też – czy w ogóle istnieje!

***

Zgasło jaskrawe słoneczne światło, jeszcze przed momentem szparami wdzierające się do pokoju przez niezbyt szczelnie zasłonięte okno. Rozłożone na biurku książki poszarzały, pogrążając się w cieniu, więc musiałam wstać, podnieść żaluzje i odsunąć zasłonę. I to moje nagłe poruszenie się spowodowało, że całkiem opadły ze mnie tajemne myśli z półsnu-półjawy – jak spłoszone nietoperze, odklejające się od ścian jaskini i znikające w czeluści nocy. Spojrzałam znów na zegar. Było już dosyć późno i uznałam, że pora wrócić do pracy. Przymknęłam okno i zasiadłam znów do komputera. Kawa w filiżance dawno już wystygła. To nic. Łyk zimnej i mocnej czarnej w jednej chwili przywrócił mnie dla codzienności. Otrzeźwiałam całkowicie.

Spojrzałam na ostatni akapit pisanego właśnie opowiadania. Mogłam chyba uznać, że było już ono prawie ukończone, brakowało w nim tylko… zakończenia… pointy…? Ale to chyba niewłaściwe określenia, bo moje opowiastki nie mają przecież granic w ścisłym tego słowa znaczeniu. Zapętlają się w taki sposób, by można je było czytać, zaczynając lekturę od dowolnego miejsca, dodawać swobodnie wątki nawiązujące do osób, rzeczy, zdarzeń, symboli znanych z innych moich opowiadań. Czytelnik – jeśli zechce – może podjąć w nich dialog, dopisując swoje własne myśli. Ich akcja rozgrywa się w więzieniu mikro-świata psychiki, w której wszak nie istnieją wewnętrzne ograniczenia. Środki psychodeliczne są zbędne, bo w tej wielowymiarowej przestrzeni każdy może uwolnić swą wyobraźnię, marzenia, sny, uczucia. W jakimś sensie można w tym świecie zamieszkać, rozciągać własne wizje, popłynąć. To labirynt, do którego wchodzi się w dowolnym miejscu opowieści, lecz nie ma już z niego wyjścia. Pułapka, w której znajdziesz prawdziwą wolność.

Przeczytałam opowiadanie od początku i zatrzymałam się na dwóch ostatnich akapitach:

„O tak późnej porze sypialnia Elnis pogrążona była w głębokim śnie o odcieniu szmaragdu rozjaśnionego żółtym światełkiem nocnej lampki. Ale dziewczyna wydobyła się z ciepłej pościeli. Z nocnych majaków wyrwana została nagle, przez bolesne drgnienie… duszy, a może ciała? Boso podeszła do wiszącego w kącie pokoju kryształowego lustra. To lustro pamiętało jeszcze czasy jej beztroskiego dzieciństwa o zapachu mieszaniny aromatów, której składnikami były werniksy, terpentyna i oleje, słodkie konfitury i piernikowe korzenie. Lustro pamiętało też czasy jej dorastania drżącego pierwszym pocałunkiem – niewinnym z opuszczonymi rzęsami. Wpatrzyła się w swoje smukłe filigranowe odbicie. Spływające do ramion strużki popielatych włosów potęgowały wrażenie subtelności, a światło lampy ulicznej – kładące się w kącie pokoju mleczną smugą rozproszoną przez firankę – podkreślało delikatne rysy jej twarzy. Wciąż czuła namiętne pocałunki w strugach wody, pamiętała moment, kiedy wysuwała się z jego objęć i odchodziła. Dreszcz rozkochania pomieszał się z lepkim sennym oczarowaniem, a odczucie bliskości z tęsknotą. Spojrzała na łóżko, ale zapraszało ją wychłodzone.

– Więc to tylko sen? – Zdumiona pustką zdawała się nie rozumieć, co się właściwie wydarzyło.

I tylko wierny Księżyc, wytoczywszy się na wycięty ramą okna skrawek nieba, zza firanki nieśmiało i dyskretnie zaglądał do jej duszy, ni to pocieszając, ni wtórując przy rzewnym koncercie świerszczy.

Stworzona do tkliwej miłości, Elnis nie umiała docenić własnej potęgi (a może nawet jej nie rozumiała?!). Dojmujące, bolesne pragnienie jej ukochanego cudownego mężczyzny zamazało w niej samej obraz dziewczyny, którą faktycznie była – od samych narodzin. Miękka, czuła, urocza – zapomniała, że jej drugie imię to Silny Niedźwiedź. A przecież bez tej swoistej mocy, nierozerwalnie wszak związanej czarem z bezwarunkową miłością, mocy wyróżniającej ją spośród innych kobiet, nie mogłaby w ogóle istnieć. Byłaby wtedy przecież kimś zupełnie innym!”.

Pochyliłam się nad klawiaturą i dopisałam jeszcze kilka zdań:

„Tak więc jedno jest pewne. Gdyby Elnis nie nosiła drugiego imienia, to jej miłość przypominałaby przesłodzone różowym lukrem ciastko. Takie sentymentalno-łzawe uczucie mogłoby być w najlepszym razie dobrym tematem na scenariusz do melodramatu. W najgorszym – infantylnym epizodem w mydlanej operze. Ale na szczęście jej życie rozgrywało się na zupełnie innej scenie”.

==========================

Czytaj także – Moje pierwsze imię: Elnis

Udostępnij to:

Dodaj komentarz