Gra w chmurach

Ten wpis był dotąd czytany 762 razy!

Zwilżony rosą fiolet w odcieniach od pudrowego do francuskiego podpierał niebo wielką miotłą z bzu, w jednym miejscu gęsto poprzetykaną ciężkimi kiściami mleczno-żółtawego kwiecia. A ja, skulona pod parasolem duszącej woni, gram w chmurach w miłość, odliczając drobne płatki. I tęsknię. Kocha-lubi-szanuje-kocha-lubi… Może to tylko beztroska zabawa? A może napięcie niepewności? Sama już nie wiem, kim jestem!? Dziewczynką czy dziewczyną? Mieszam marzenie z jawą – przecież w miłości nie ma pomiędzy nimi wyraźnej różnicy?!

* * *

Będąc małą dziewczynką często sama dochodziłam do rozwidlenia dróg, ale nigdy nie skręcałam w asfaltową szosę – wstęgę miejskiej elegancji, po której mknęły przed siebie lśniące samochody. Późną wiosną nęcił mnie zmysłowy fiolet lilaków, o zmroku otulony ciemniejącą szarością, a z rana dotknięty zwiewną mgłą. Asfaltowe łaty wlewały się w polną wyboistą drogę, na którą wchodziłam zostawiając za sobą zgiełk. Przede mną cegielnia straszyła surową czerwonością zabudowy, ale ja – przezornie – nie zbliżałam się do niej. Przeskakiwałam przez rów do pierwszego przydrożnego krzaka bzu i zanurzałam w niebieskofioletowym skołtunionym kwieciu, chrzęszcząco-odurzającym.

Mijały lata, ale na rozdrożu niewiele się zmieniało. Może tylko hałas był coraz dokuczliwszy, bo i nowocześniejszych i szybszych pojazdów ciągle przybywało. Lecz poza granicą miasta, przy polnej drodze oprószonej ceglanym pyłem, zmysłowy skłębiony fiolet wciąż przyciągał zatracających się w sobie kochanków. Kusił jak dawniej słodkawą wonnością.

Z roku na rok odważniej zapuszczałam się w lilakowy coraz bujniejszy gąszcz i ani się spostrzegłam, jak cegielnia stała się moją samotnią. Do dziś pewnie po jej zapadniętych kątach i porośniętych trawą zakamarkach snują się duszki moich najskrytszych marzeń, tak bardzo były one związane z urokiem tego miejsca. W owych czasach siadywałam w zaroślach, nieopodal krzewu uginającego się pod ciężarem bladofioletowych kwiatów. I oparta o ceglany mur odczarowywałam niepewność wyliczanką. Kocha-lubi-szanuje-kocha. A może tylko oszukiwałam siebie, grając w miłość.

* * *

Wiatr zamaszyście przeciągnął po niebie miotłą z bzu i zgarnął w kąt resztki chmur. Zrobiło się czysto i błękitnie. Kwiatek z czterema płatkami o odcieniu pudrowego fioletu opadł miękko na moją dłoń, zachęcając do gry w miłość. Kocha-lubi-szanuje-kocha. Niewinna igraszka z samą sobą i kwiatkiem. Gdyby jednak wróżba miała faktycznie władzę nad sercem!? Wiatr przywiał inny kwiatek. Kocha-lubi-szanuje-kocha-lubi-szanuje-kocha. To pytanie, najważniejsze w tamtej chwili, napawa lękiem i drżeniem. Czy kocha…? I znów podmuch silniejszy przygnał do mnie bladofioletową wyrocznię – tym razem o niezliczonych płatkach. Kocha-lubi…kocha… Lecz teraz mocniej jeszcze poczułam, że sama kocham. Jakbym wchodziła z miłości w miłość pełniejszą, coraz głębiej.

Otworzyłam oczy, obudzona dreszczem wieczornego chłodu. Zmrok pod krzewem zgęstniał, a wraz z nim – odczucie miłości, którą właśnie przeżywałam. Mogłabym tu pozostać na zawsze. Albo zabrać kwiaty ze sobą…

Udostępnij to:

Dodaj komentarz