Ostatni kawałek jabłka

Ten wpis był dotąd czytany 753 razy!

Spojrzałam na zegar. Było już południe. Dzisiejszy duszny i senny dzień od samego rana odurzał balsamiczną wonią palonych w ogrodach liści. Nie mogę powiedzieć, żeby wena mnie opuściła. Jednak siwy dym wpełzający przez uchylone okno i rozsnuwający się po zakamarkach pokoju, a wraz z nim ciepło, nie zachęcały do wysiłku. Raczej wprowadzały umysł i ciało w stan ukołysania – zbyt bliski ekstazie, by pracować. Nieznacznie odsunęłam fotel od biurka i przeciągnęłam się leniwie. Mimo późnej jesiennej pory słońce wciąż oślepiało zbyt ostrym blaskiem, tak że musiałam zmrużyć oczy, by uchylić szerzej okno. Potem energicznym ruchem ręki zasłoniłam je szyfonową zasłoną z tureckim wzorem w barwach magenty, karminu i ochry, złamanych turkusowymi akcentami. Na ścianie natychmiast pojawiły się cienie zygzaków i meandrów. Falowały przez jakiś czas, aż w końcu zamarły w bezruchu.

Ułożyłam się wygodnie w stojącym obok fotelu i oparłam głowę o pluszowe oparcie. Siedziałam nie poruszając się, zanurzona w przestrzeni nasączonej wewnętrznym światłem barw. Przyczajona i wrażliwa, pozwoliłam sobie na swobodę myśli, rwący potok uczuć. Przymknęłam oczy i w tym momencie pod powiekami oślepił mnie negatyw cieni – najpierw drgająco-pulsujący, aż zastygł blednąc, by nagle zniknąć. Jedna po drugiej, rozwijały się przede mną klisze pamięci ze wzorem życia i konwulsją umierania. Odżywały pożółkłe już wspomnienia. I jeszcze na dodatek niepotrzebnie wdał się ze mną w dyskusję smutek z powodu zbędności mojego osobistego istnienia – mało istotny dla ciebie właśnie i wieczności szczegół. Wyraźnie ujrzałam, jak twoje skronie – przyprószone siwizną – przybliżają wszystkie odcienie szarości mojego niespełnienia.

Czyż to nie paradoks, że odczuwam jako wewnętrzny przymus pasję pisania, która zresztą z powodu wchodzącej w moje życie miłości spłynęła na mnie niespodziewanie? Niekiedy świadomość ciężaru wypowiadanych słów sprawia mi niemal fizyczny ból, lecz z drugiej strony jest niemożliwym do ogarnięcia szczęściem. W jakimś sensie pisanie wymusza zmaganie się z miłością, tą jedyną dla mnie prawdą, bez której wszystko inne jest wątpliwe. W głębi duszy wiem, że słów nie trzeba wielu. Lecz przecież często nawet te nieliczne ranią, a potem z nagła milkną. Jakby były zawstydzone swą brutalnością? Nieokrzesaniem? Szczerością? Ale mimo tego bólu zbyt trudno jest nauczyć się wznosić uczucia nad pustynię milczenia. Może więc milczenie jest bardziej dokuczliwe, niż niektóre słowa? Dzięki słowom wyciekają moje niezgrabne myśli. Odkrywam siebie – jak ze zdejmowanego płaszcza. Staję przed tobą bez masek i kostiumów, naga i zakłopotana – medium własnych sensów. Wzbraniasz się przede mną, a ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje? Przecież nie mogłabym ciebie skrzywdzić! Czy to źle, że jestem zatopiona w doznawaniu ciebie?

Niekiedy zdarza mi się powracać do uczuć. Przypominam sobie zapachy, kolory, dźwięki, nastroje… ciepło twojej obecności – nieczęstej – i… skurcze mojego serca. Gwałtownie wtedy wybuchają pytania o sens miłości niewzajemnej. Niechlujnie poskładane, rozpychają się nachalnie. Poskręcane rozpaczą, gorączkowo poszukują powodów odrzucenia. W takich chwilach sprawy osobiste nazywam wciąż i wciąż od nowa, nadaję im pośpiesznie znaczenia przycinane na miarę osoby nieprzytomnie zakochanej, miotanej przez fale tęsknoty i gniewu, i przez tą porywczość i wzburzenie – osoby zmieniającej się, ale przecież tożsamej ze sobą, bo moje imiona nieodmiennie wskazują na differentia specifica mnie samej. W takich chwilach jestem zamknięta w kalejdoskopie wrażeń. Powroty na przełaj uczuć, przywoływanie treści znajomych, określanie ich aktualizującego się wciąż sensu z perspektywy upływającego czasu – to fenomenalne przeżycie. To poszukiwanie siebie, polegające na świadomym uchwytywaniu minionych chwil. Takie powroty zaskakują obrazami z przeszłości, sklejonymi dziś w jednym autoportrecie.

Jak można czule dotykać słowami najgłębszych, delikatnych sfer istnienia – nie naruszając ich integralności, nie raniąc ani nie urażając? – Chciałabym to wiedzieć! A przecież nie chodzi mi o słowa, których znaczenie znane jest z precyzyjnych słownikowych definicji – suchych, oczyszczonych z uczuć i doznań ciała. Myślę o moich własnych słowach, o mediatorach i nośnikach treści, rodzących się w bezpośrednim zetknięciu z prawdziwym, ciepłym życiem. I z tobą. Myślę o słowach, których przecież nie znajduję albo przeczuwam, ale boję się je wypowiadać! A te istniejące są w odcieniach szarości – bolą niespełnieniem.

Właśnie przypomniałam sobie, jak kiedyś przyśnili mi się ludzie noszący w sobie małe tobołki. Każdy ze swoim własnym zawiniątkiem o specyficznym, mocno zindywidualizowanym odcieniu osobistej porażki, którą musieli w sobie przemagać, by ich życie nasyciło się sensem.

– Człowiek dotąd jest, aż zje ostatni kawałek jabłka! – Powiedziałam do siebie półgłosem.

I aż zrobiło mi się gorąco, bo nagle uświadomiłam sobie, że koleje mojego życia i to, kim faktycznie jestem, zależą wyłącznie ode mnie, od mojej pasji istnienia i pokonywania ograniczeń. Ale równocześnie zdałam sobie sprawę, że i to wszystko jest przecież wątpliwe i nieważne bez miłości. Bez ciebie czuję się bezbronna i… bezradna. Jak do siebie wszedłeś do mojego  życia, bez pukania. Jak cudowny ptak. A teraz…? – Szamoczę się i, chora na miłość, umieram z tęsknoty.

Z tobą czy bez ciebie – w życiu i tak muszę dojść do samego końca. Choć bez ciebie nie ma to większego sensu. I nie ma innego rozwiązania tajemnicy istnienia. Nikt za mnie nie może tego uczynić. Ani mąż, ojciec, matka. Ani też kapłan, mag, przełożony, dyktator, ani żaden inny autorytet, nawet najświętszy czy największy. Co się stanie potem? – Na razie nie wiem. Ale mam wielkie marzenie na wypadek, gdyby się miało okazać, że życie ma jakieś pozaziemskie continuum. Chciałabym nie stracić ciebie z pola mojego widzenia – nigdy! Nie marzę o nagrodzie czy premii za dobrą życiową rozgrywkę, w postaci nieba albo ziemi obiecanej, jakkolwiek by ich sobie nie wyobrażać! Pragnę jedynie osiągnąć pełnię siebie samej – dla ciebie.

* * *

Mimochodem spojrzałam na zegar. Wskazówki przesunęły się zaledwie o kilka minut. Wciąż było rozświetlone słonecznym blaskiem ciężkie dębowe biurko, na którym leżały pootwierane książki – z notatkami na marginesach, z papierowymi zakładkami i pozaginanymi rogami. Stał kubek – z kawowymi fusami na dnie, lecz nikt nie był ciekaw wróżby, i z Gołębiem Picassa, co to mimo szeroko rozpostartych skrzydeł odfrunąć ze śnieżnobiałej porcelany nie zdołał. I gotowy był też do pracy komputer – bezduszny, obojętny na wartości pochłanianych i przetwarzanych informacji, rzec by można: z elektronicznym sercem, chłodnym jak metaliczna szarość. A w głębi, za biurowymi szpargałami – gdzie Słońce nieczęsto zagląda – na srebrnej paterze pokrytej patyną starości, noszącej jeszcze na sobie znaki zamierzchłych czasów moich wielce dostojnych i wyniosłych przodków, lśniły sytością malinówki i, jakby zawstydzone swoją naturalną prostotą, ciemnoczerwono się rumieniły. W tym dosyć markotnym miejscu, pomimo niefrasobliwych igraszek światła z cieniem, jabłka były jedynym śladem urodnego życia. I one właśnie, jesienne owoce pachnące winno-słodko, naprowadziły moją myśl na pytanie osobiste, ale jednocześnie w swojej przeraźliwej surowości zasadnicze, napawające lękiem i zwiastujące nieodwołalny kres:

– Jaka będę, gdy przełykać mi przyjdzie ostatni kawałek jabłka?

 

Udostępnij to:

Dodaj komentarz