W Mieście bez Cieni

Ten wpis był dotąd czytany 851 razy!

Odruchowo spojrzałam na tarczę zegara w chwili, kiedy ostatnie uderzenie serca kościelnego dzwonu z oddali oznajmiło, że wybiła północ. Jeszcze przez krótką chwilę głuchy monotonny dźwięk przetaczał się przez puste ulice, ponaglając wygaszaczy świateł wszystkich zapomnianych lamp. Aż nagle… zrobiło się absolutnie ciemno, cicho i odświętnie, jakby w naszym Mieście bez Cieni zapanował niepodzielnie majestatyczny Bezgłos.

– Wszystko co żyje, czy to w świecie, czy w bajce, zajęło się kontemplacją! – Wykrzyknęłam w myślach, ale chyba za głośno, bo przestraszyłam się sama siebie. – Nawet Księżyc Twardowskiego, przyczajony gdzieś… za chmurami, nie nuci dziś smętnych kołysanek… –  Pomyślałam już o wiele ciszej. – Gwiazdy na firmamencie też chyba zboczyły ze swej zwykłej albo niezwykłej Mlecznej Drogi, jaką w przestrzeni kosmicznej przychodzi im niezmordowanie przemierzać, bo nie słychać nawet szurania ich buciorów…? Jakby na jedną noc przycupnęły w niebieskim kącie i zmrużywszy oczy, przytuliły się do poduszek wypchanych chmurowymi kłębami… Nawet wytrącona ze snu mucha nabożnie trwa w tej medytacji Wszechświata… –  Wytężyłam wzrok najbardziej jak tylko mogłam. – Nie ośmieliła się nawet poruszyć skrzydełkami, toteż jest oczywiste – wydedukowałam – że i jękliwego bzyku z siebie nie wyda…

Upłynęło parę chwil, ale i mnie się też udało uspokoić poszarpane trochę myśli, skrzypiące. Choć to nie było łatwe, od czasu do czasu bowiem poszturchiwało je wątłe światełko mojej nocnej wyobraźni. W końcu jednak i ja zawisłam w absolutnie ciemnej pustce, całkowicie pogrążając się w mistycznej ciszy naszego Miasta bez Cieni.

* * *

Unosiłam się w powietrzu nad rozległym brunatno-piaskowym terenem, podobnym do pustyni albo kamienistego nieużytku. Ale nie byłam ani przerażona, ani nawet zdumiona tym osobliwym widokiem. Wytężyłam tylko wzrok, żeby przyjrzeć się dokładniej szczegółom miejsca. Na powierzchni ugoru dostrzegłam rysunek wyrytego obwodu prostokąta – delikatny i o nieregularnej linii. Natomiast w północno-zachodniej części bezkresnego obszaru ktoś siedział skulony, ale poza obrębem wydzielonego na pustkowiu miejsca. Z postawy przypominał trochę Myśliciela Rodina, lecz rysy jego twarzy i cała sylwetka nie były wyraźne, jakbym go oglądała z bardzo dużej odległości albo przez matową foto-chromatyczną szybę. Nagle postać podniosła się z ziemi i kierując kroki na Wschód, szerokim gestem skinęła na mnie i odezwała spokojnym, ciepłym głosem:

– Chodź ze mną!

Poczyniłam nawet pewien wysiłek woli, by podążyć za tą dziwaczną, ale jak najbardziej budzącą zaufanie istotą. Bardzo szybko jednak straciłam ją z pola mojego widzenia. Tymczasem całe pustkowie – niczym papierowa chusteczka – zwinęło się w niewielki tobołek i momentalnie zniknęło.

* * *

Rozejrzałam się dookoła. Na biurku białe kartki rozłożonych książek odbijały jaskrawe światło. Słońce prześwietlało cienką wielobarwną zasłonę i oślepiało tak bardzo, że musiałam wstać z fotela i zasunąć żaluzje. Dźwięki przykościelnego dzwonu, obwieszczającego że już południe, jak w zaświaty uciekały z miejskiego tumultu i zgiełku. Spojrzałam ukradkiem na tarczę zegara. Wskazówki jakby zastygły w bezruchu, przyklejone do „dwunastki” – od czasu, kiedy na nie spoglądałam ostatnio, nawet nie drgnęły. Wydawało mi się, że moja przedziwna wędrówka trwała o wiele krócej, niż okamgnienie, a tymczasem noc z dniem zdążyły się już zamienić miejscami!

Próbowałam powrócić myślami do opowiadania, które parę dni temu zaczęłam pisać, lecz wizja prostokątnego obrysu nie dawała mi spokoju. Wręcz narzucała obrazy jałowej, dotkniętej martwicą, ziemskiej egzystencji, ograniczonej, monotonnej i schematycznej, gdzie życie bardziej przypomina cmentarzysko z grobami pobielanymi, niż twórcze współistnienie. Zresztą, poza wspomnianą osobliwą postacią, na oglądanym pustkowiu nie zauważyłam ani form życia osobowego, ani nawet śladów jakiejkolwiek ożywionej materii. Czy poraziła je znieczulica, zniszczył kataklizm, czy też wyginęły wskutek samozagłady? A może życie na tym jałowym, tajemniczym miejscu nigdy nie zagościło?

Czułam się tak, jakby świat, który właśnie odwiedziłam we śnie, był całkowicie realny. Doświadczone przeze mnie przygnębienie wskazywało na dramatyczny scenariusz przedstawienia, którego dziwnym trafem byłam i świadkiem, i uczestnikiem. Chociaż widziałam nieostro, jakby przez mgłę, to jednak – dzięki oddaleniu – mogłam spoglądać z szerokiej perspektywy. Ogarniałam całość wraz z jej ogólnym nastrojem i subtelnym przekazem symbolicznych znaczeń. A moje odczucia nie napawały optymizmem.

Powróciłam myślami do humanoidalnej postaci przebywającej poza prostokątnym obszarem, przywodzącym na myśl martwy świat. Wprowadzała na pustkowie ciepło i spokój. Kim była? Przypominam sobie jeszcze inne marzenie senne – bardzo podobne pod względem doświadczanych emocji – w którym doznałam obecności istoty mówiącej do mnie, że mogę traktować ją jak człowieka. Czyżbym do tego stopnia była spragniona ludzkich uczuć, że mój umysł projektował takie fantazje? Być może jednak należałoby inaczej tłumaczyć podobne przeżycia z półsennych majaków, na przykład jako niezwykłe jasnowidzenie? Czy jest możliwe, że kiedy myśli nie ględzą, a emocje nie szarpią się, jesteśmy w stanie wnikać w głębokie pokłady samoświadomości i poznawać rzeczywistość niedostępną dla umysłu ograniczonego racjonalnym rozumowaniem?

– Jakie jednak znaczenie dla samej treści doznania może mieć źródło tych moich dosyć hermetycznych myśli i odczuć? – Zapytałam siebie w duchu, po czym bez głębszego namysłu, bardziej intuicyjnie, niż w wyniku przemyśleń, sama sobie odpowiedziałam – Jest to chyba raczej obojętne, czy docierają one do mnie za pośrednictwem jakiegoś obcego i niezwykłego medium, czy też lęgną się w mojej głowie jako efekt aktywności psychofizycznej. Niektórzy pewnie by woleli widzieć taką aktywność jako skutek życia parapsychicznego, a inni – duchowego. Jeśli jednak ktoś by się zechciał odwoływać do sfery ponad-intelektualnej i ponadzmysłowej, o której zresztą na pewno nic nie wiadomo, ani jaka jest, ani czy w ogóle istnieje, to z oceną źródła tych przeżyć mógłby mieć problem natury moralnej albo religijnej.

Zagłębiłam się jeszcze bardziej w fotelu z pluszowym oparciem i przełknęłam kilka łyków wystudzonej już kawy. A potem… nadałam mojemu medium imię Uczuciowy Myśliciel. Nie żeby zaraz uroczyście i w podniosłym nastroju – jak podczas chrztu, ale czułam, że to była ta właściwa chwila. I to mi na razie w zupełności wystarcza.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz