Kwiat Moreny i portfel

Ten wpis był dotąd czytany 821 razy!

W środku nocy obudziło mnie dzisiaj pytanie, które zadał mi ktoś, czy też – ja sama siebie pytałam, co zresztą po intensywnych przemyśleniach wydało mi się bardziej prawdopodobne:

– Czy on jest w stanie odrzucić dla ciebie swój portfel?

I natychmiast odpowiedziałam sobie pytaniem:

– A czy ja zerwę dla niego kwiat Moreny?

Łodyżka gęsto porośnięta czerwonymi kwiatkami o kształcie drobnych kielichów wyrosła przede mną jak spod ziemi. Ale tylko na mgnienie półsnu, bo otrzeźwiałam prawie natychmiast. Nagle uprzytomniłam sobie, że przecież nigdy dotąd nie słyszałam o kwiatach moreny, nie mówiąc nawet o oglądaniu ich swoimi oczyma.

– Sen mara! Bóg wiara! – Powiedziałam do siebie z sarkazmem.

Szyderstwo było moją bronią. Nigdy przecież poważnie nie traktowałam ludowej bogobojności, w której mglistą wieloznaczność przeczuć i olśnień zamienia się na infantylną pobożność. Ale nie mogłam zbagatelizować problemu. Niepokoił mnie nieznany kwiat. Skoro byłam już rozbudzona – wstałam. Zasiadłam do komputera i zabrałam do przeszukiwania informacji na temat dziwnego kwiatu Moreny. Ale poszukiwania nie okazały się proste. Zaprowadziły mnie aż do Kronik sławnego Królestwa Polskiego.

Zagłębiłam się w Rocznikach, w których, jak się okazało, Jan Długosz wspominał słowiańską wieloimienną boginię – Marzannę, Morenę, Marenę, Śmiertkę, Śmierć, Śmiercichę – cieszącą się szczególnym kultem i czcią, wyobrażającą nękające ludzi choroby i udręki. Od dawien dawna w czasie wiosennego Jarego Święta odbywał się obrzęd topienia lub palenia kukły przedstawiającej zimę i śmierć. Owiniętą białym płótnem i przystrojoną wstążkami i koralami słomianą postać tradycja nakazywała nieść przez wieś w dziecięcym orszaku i po drodze – to w tej, to w innej wodzie – podtapiać. Wieczorem zaś, w świetle zapalonych gałązek marzanny i jałowca, młodzież przejmowała ją, wyprowadzała ze wsi, podpalała i wrzucała do topieli. Wierzono w magiczny sens tych, zażegnujących zimę i przywracających płodność ziemi, obrządków.

– Zastanawiające – mruknęłam półgłosem – czy rytuał topienia Marzanny przetrwał do dziś, ponieważ człowiek wciąż wyczuwa na swych plecach oddech śmierci? A więc tradycja kultywująca magiczne zmagania z Moreną okazała się silniejsza niż wierność chrześcijańskiej doktrynie, czy nawet racjonalizmowi – ponownie odezwałam się do siebie. – A rolling stone gathers no moss – powiadają Anglicy. Inaczej dzieje ludzkości, chociaż toczą się nieustannie, to jednak porastają magicznym myśleniem.

To przygnębiające, że historie ludzkie nabrzmiałe są lękiem przed śmiercią. Do miłości wyrywają się tylko, lecz na krótko znajdują ukojenie, bo zima ponownie skuwa ich ciała i serca lodem. A kompulsja powtarzania łączy Erosa z Tanatosem w jedno, dając wyraz ludzkiej niemocy i tęsknotom.

Począwszy od narodzin ludzie podążają przez życie… aż do śmierci. Wpisują się w krajobraz czasoprzestrzeni, by w niej zaistnieć niczym dynamicznie przekształcające się żywe rzeźby – raz w promieniach słonecznych, to znów w przeciwnościach i pod wiatr. Pogodzeni z losem, bo taki to już kołowrót ziemskiego padołu: zimno… chłód… nadzieja… ciepło… gorąco… chłód… rozpacz… zimno… Zima… wiosna… zima… wiosna… Życie… śmierć… życie… śmierć… – niczym kosmiczny periodyk. Jakie jest wyjście z tego zaklętego kręgu? To pytanie przeszywa na wskroś, napawa smutkiem i nostalgią, sprawia ból, dławi lękiem. Człowiek miota się nieustannie pomiędzy ożywczymi uniesieniami a śmiercionośną udręką.

– Ale czy ja zerwę ten kwiat Moreny, rozkwitający w Hadesie koszmarnych półsnów-półjawy, w chaszczach emocji i uczuć? Kwiat chłodu, nieczułości, ciasnych myśli, skostniałych wrażeń, zimy w sercu, by czar miłości i wiosna już tylko zagościła w krainie najwznioślejszych uniesień? – Znów przemknęły przez moją myśl pytania ostre jak brzytwa.

Tęsknota do przebudzenia i miłości jest tak silna, tak głęboko zapadła w człowieczą, w moją, naturę, że myśl na temat sensu kruchego i złamanego umieraniem istnienia zakuta została w ludzkich sercach w postaci odwiecznych pytań: D’ou Venons Nous? Que Sommes Nous? OùAllons Nous? Na najczulszych strunach uczuć bojaźń i drżenie w komunii z utęsknieniem wydają dźwięki niebios. Tradycją uświęcone obrządki wiosenne wyrażają krzyk duszy. Są metaforą przejścia ze śmierci do życia, symbolem przemiany świata zakutego w lodzie w świat budzący się do życia. Marzenie o miłości jest zrośnięte z rytmem przyrody, kiełkuje i rozwija się w słonecznych promieniach wiosny, mieni jej jaskrawymi barwami, skrzeczy krzykliwą gadaniną rozśpiewanego ptactwa, wdrapuje na szczyty uniesień. Tymczasem kot leniwie na progu… Historie miłosne jak kolorowe wstążki na wietrze. Każda tańczy sobie, każda nuci własną melodię, każda rozsiewa własne feromony. I tylko strach przed śmiercią, nie swoją, niweczy ich rozbłyski. Wędrówka w głąb siebie otwiera świat uczuć, które z każdym słowem gęstnieją, w każdym westchnieniu, marzeniu, wspomnieniu, tęsknocie wydają muzykę miłości. Zdaje się – za moment słowa stopią się w jedno i odtąd miłościwie zapanuje nam wieczna harmonia niebios… Nic więcej do niej dołożyć nie można – uczucia tak się stłoczyły, że brakuje tchu. Jest za ciasno by wkleić myśl obcą… Tylko pytanie pobrzmiewa w moich uszach:

– Czy zerwę kwiat Moreny? Czy zerwę ten kwiat…?

* * *

Za oknem, pod butami przechodniów, chrzęści ścięty mrozem śnieg. A ja w przytulnym pokoiku medytuję moją nieżartobliwą, liryczną pieśń: kwiat Moreny zwiądł w twoim pocałunku – odrzuć swój portfel. Wprawdzie nie mogę stanąć w szranki z mrozem, który maluje cudne wzory na okiennej szybie, lecz nie zważam na to. Koniuszkiem ciepłego palca, przytkniętym do zimnej i gładkiej powierzchni, powtarzam kształty perlistych sekwencji, wtórując sobie słowami wiersza, który przed chwilą sfrunął z mojej duszy: kwiat Moreny zwiądł w twoim pocałunku – odrzuć swój portfelw twoim pocałunku kwiat Moreny zwiądł

Któż może wiedzieć, ile czasu spędziłam, wspierając się łokciami o parapet i nieudolnie naśladując dzieło wielkiej Malarki Natury? Nie wiadomo nawet, czy to spływający z falą ciemności półmrok, czy też przenikliwy ból zziębniętego palca, sprowadziły mnie na powrót do powszedniego życia. Zaciągnęłam wzorzystą zasłonę na obsypany gwiazdami kwadrat granatowego nieba, włączyłam lampkę i zasiadłam do biurka, by zapisać wrażenia chwili: przenieść doznania do świata języka, do jego formalnej struktury.

Chłodna kalkulacja jest obrazoburcza dla twórczości – czuję to wyraźnie. Koniecznie te dwie czynności należy od siebie oddzielić. Liczenie sylab rani moją czułość, rozpęka słabości, usztywniając je w akcie bezdusznego dopasowywania do kanonu. Przeliczanie nie najlepiej harmonizuje z poetyzowaniem – gdy słowa grzęzną we wzruszeniach, a serce uderza jak młot. Ale Felek – mistrz haiku – uczył, że tak trzeba, jeśli się chce tworzyć japońską poezję. Albo raczej: japońsko-podobną…, bo czyż ja – z krwi i kości obywatelka Zachodu – mogłabym zagrać w duszy na nutę orientalną? Z drugiej strony…? Nie mogę oprzeć się myśli, że autentyczna twórczość jest uniwersalna, nieskrępowana kulturowym fenomenem, że przed prawdziwym artystą otwierają się wszelkie formy… niczym rozwijający się kwiat lotosu. Problem może tkwić w samych ludziach. W tych wszystkich, którzy koniecznie chcieliby segregować, porównywać, różnicować, oceniać, którym trudno jest przekroczyć własne ograniczenia i którzy, zamykając się w klatce zafałszowanego wartościowania, podcinają skrzydła wolności innym. Pamiętam bardzo wyraźnie, jak spierałam się z Felkiem o rozstrzygnięcia dotyczące wielkiego dylematu ludzkości – „Co jest ważniejsze: zakon czy miłość?”. Zawsze, gdy próbował spychać problem na płaszczyznę kulturowych inspiracji, pytałam:

– Czy w życiu i… sztuce nie chodziłoby bardziej o poruszenia serca, niewinność, poetycką szczerość…, niż o podleganie sztywnym regułom?

Musiałam mu jednak przyznać rację, że prawidła są nośnikami specyficznej wrażliwości, że to dzięki nim właśnie stajemy się czujni, otwieramy na nowe wartości i w ogóle je zauważamy. Co by było, gdybyśmy żyli i tworzyli chaotycznie, w absolutnym nieuporządkowaniu?

Przypuszczalnie metrum płynie we krwi Japończyka. Uważnie i oszczędnie w słowach, bez ozdobników, zapisuje on wrażenia, dotykając do żywego… Nie chcę ukrywać, ani przed sobą, ani przed nikim, że imponuje mi medytacyjna technika komponowania poezji. I w ogóle tęsknię do dalekowschodniego stylu życia i myślenia, choć… może niekoniecznie w japońskim wydaniu. Boli mnie, że my – ludzie tak zwanego Zachodu – musimy kaleczyć rozrzewnienia: liczyć sylaby, kalkulować, stylizować. Mówiąc innymi słowy – symulować odczucia i racjonalizować. Odcinamy uczucia od rozumu i udajemy, że jest nam z tym dobrze. Może nawet nie uświadamiamy sobie, że staliśmy się już tylko potłuczonymi skorupami, tu i tam rozrzuconymi kawałkami rozumu, uczuć, emocji, doznań cielesnych… Podświadomie pragniemy jednak przeżywać życie jako całości zjednoczone z innymi bytami i Kosmosem, choć nie potrafimy tego czynić. Czy jednak sklejenie kawałków naczynia może na powrót przynieść mu jego świetność, pierwotną doskonałość? Co zmieni, skoro niektóre procesy są nieodwracalne?

Jeśli nawet miłość w czystej postaci jest nierealna, to ja i tak stawiam na nią… przeciw zakonowi. Dlatego pytam, czy odrzucisz dla mnie swój portfel…?

Udostępnij to:

Dodaj komentarz