Pan Uprzejmy

Ten wpis był dotąd czytany 676 razy!

Obrośnięta bluszczem kafejka nie była jedyną kawiarnią w miasteczku mojego dzieciństwa. Kiedy jednak przyjeżdżałam w rodzinne strony, zawsze odwiedzałam właśnie to osobliwe miejsce schadzek miejscowych artystów i ekscentryków. Lubiłam podsłuchiwać ich rozmowy i uczyć się języka wydobywającego się z gardeł, w których bulgotały trunki, języka często egzaltowanego i napuszonego, przesiąkniętego, jak sądzę, niepotrzebnie – goryczą niespełnienia, dobrze znaną w środowiskach twórców z prowincji. Z pewnością i wieszcz Tuwim nie pogardziłby tym językiem, gdyby w naszych czasach pisał Słownik Pijacki. „Pod Bluszczem” można też było bez zbędnych ceregieli – co sobie zresztą zawsze bardzo ceniłam – przyłączyć do dysputy i zawiązywać wyjątkowe znajomości, czasem nawet poznać jakąś ważną, miejscową albo światową, osobistość.

Pewnej letniej nocy – jednej z tych dusznych i upalnych, kiedy to nie można nic konkretnego robić – siedziałam pod dachem nieboskłonu przy kawiarnianym stoliku i małymi łyczkami popijałam wino. Bezmyślnie spoglądałam na bluszcz, który spływał z fasady budynku, zacieniając go, łagodnie oplatał framugi okienne i rynnę. Dawał wrażenie przyjemnego zielonego chłodu. Od jego połyskujących listków odbijał się gdzieniegdzie migotliwy płomyk zatkniętej w butelkę i stojącej na moim stoliku świeczki, która dogorywając zdawała się mówić wprost i bez ogródek, że najwyższa pora iść spać. Ale kto by tam słuchał świeczki?! Kiedy zgaśnie, gwiazdy rzucą refleksy świetlne na szkło kieliszka i wydobędą blask gnieżdżących się na dnie ostatnich kropel czerwonego wina.

Chwile skapywały leniwie i bez żadnego celu. Czasami pod murem cicho przemknął jakiś zaspany przechodzień – ale to była jedyna atrakcja tego opustoszałego miejsca. Ciemność otulała Rynek, który o tej porze bardziej był podobny do pogrążonego we śnie pokoju gościnnego, niż do centrum miasteczka. I tylko zawieszona na nitce orbity połówka Księżyca przypominała, że to miejsce jest salonikiem mistycznego Kosmosu.

Kelner, którego przezwałam Czarodziejem – w śnieżnobiałej koszuli i czarnej kamizelce – jak zawsze czujny i usłużny, podszedł do mnie z butelką, ponownie napełnił pusty kieliszek, po czym oddalił się niepostrzeżenie. Nie pamiętam już, kto przedstawił mi mężczyznę w średnim wieku, o blond włosach, niegęstych. Odnosiłam wrażenie, że jest szczery i otwarty. Przysiadł się do mojego stolika. Ale obydwoje nie czuliśmy potrzeby konwersowania. Wino i gwiazdy wystarczały nam za wszystkie rozmowy świata. I tak sobie trwaliśmy, wpatrując w nieboskłon – tu i tam połyskujący szmaragdowo. Po jakimś czasie mężczyzna odszedł do swoich kompanów.

Chwile skapywały powoli, jedna po drugiej. Ale ja ich nie liczyłam. Nie myślałam o niczym, gdy mężczyzna do mnie wrócił. Usiadł na tym samym miejscu i cedząc słowa, spokojnym, ciepłym głosem, może nieco teatralnym, odezwał się w taki sposób, jakbyśmy od lat byli dobrymi znajomymi:

– Prawdziwe życie rozgrywa się w teraźniejszości…, a nie w marzeniach o szczęściu, które ma się zdarzyć. Dlatego wyobrażanie sobie przyszłości jest ułudą… Jeśli się skupisz…, przekroczysz granice czasu i przestrzeni… Wtedy staniesz się energią i będziesz mogła naprawdę… kooochać.

Ostatnie słowo wyraźnie oddzielił od wypowiedzianych wcześniej słów i odrobinę przeciągnął. Jakby stawiał kropkę nad metafizyczną prawdą. Obydwoje doskonale wiedzieliśmy, że ta prawda nie potrzebuje komentarza. Umoczyliśmy myśli w winie, które teraz – w otoczeniu czerniejącej butelkowej zieloności sklepienia niebieskiego – smakowało jakoś inaczej, może bardziej… gorzkimi korzeniami. Falą przypływała do mnie i odpływała niejasna myśl, że Pan Uprzejmy (tak go nazywałam) zna mężczyznę mojej miłości. I już miałam o to zapytać, gdy nagle wstał i wrócił do swojego stolika.

Zanurzyłam się w sobie. Byłam prawie pewna, że nie istnieją przypadkowe spotkania. Pan Uprzejmy usłyszał chyba te moje myśli, bo raz jeszcze podszedł do mnie i powiedział:

– On jest taki, jakby nie mógł o czymś zapomnieć.

Potem pochylił się, delikatnie ujął moją dłoń w swoje ręce, pocałował i lekko chwiejącym się krokiem ruszył przed siebie, znikając w ciemności.

 

Udostępnij to:

Dodaj komentarz