Wiersze kolorami malowane

Ten wpis był dotąd czytany 490 razy!

Muszę uczciwie przyznać, że lata chmurne i durne, jak to sobie dziś z pewną nostalgią przypominam, rozpoczęły się dla mnie nie najszczęśliwiej. Dlaczego tak się stało – nie mogę wyznać, bo trudno mi w tej chwili bez jakiegoś półuśmiechu (nad sobą oczywiście) powiedzieć na ten temat coś konkretnie wyjaśniającego. Bo i całe moje życie uczuciowe z tamtego okresu dojrzewania do kobiecości przypominało konwulsyjne ruchy poczwarki, która za chwilę miała się przeobrazić w urokliwego motyla. Być może było markotnie z powodu niezrozumienia świata kręcącego się jakby obok i nie zważającego na moje prawdopodobnie nazbyt rozdęte albo przewrażliwione „ego”, o którym myślałam wtedy, że jest „wyjątkowe”? Już w tamtym czasie wymagałam przecież od siebie nadprzeciętności! A może za poważnie traktowałam ludzi, marzenia i w ogóle życie? W każdym razie wierszowane dowody dziewczęcej rozpaczy, wypełnione tęsknotą do przeżycia idealnej miłości i wspomnieniem pierwszego pocałunku, przechowywałam skrzętnie na samym dnie zamykanej na klucz szuflady mojego biurka. Liczyłam na to, że nigdy nie ujrzą dziennego światła. Ani tym bardziej nie staną się przedmiotem szyderstwa, ocen czy dyskusji – nie tylko literackich!

Nie muszę chyba dodawać, że jakieś pół wieku temu miłość w życiu nastolatki była owocem zakazanym, za zjedzenie którego groziło prześladowanie i kary najsroższe ze strony rodziców i wychowawców, a w środowisku rówieśników można się było spodziewać naśmiewania podszytego oczywiście zazdrością albo zawiścią. Chociaż w tamtym czasie rewolucja seksualna od dawna tętniła życiem, to jednak w wielu mieszczańskich kręgach o proweniencji kościelnej zasady wychowania wiktoriańskiego były surowo przestrzegane. Nawet myśli o zbliżeniu fizycznym traktowano jako nieczyste, a cóż dopiero mówić o innych nieprzyzwoitościach, takich jak przelotne spojrzenia czy dotknięcia niby niechcące. O muśnięciu ust nawet nie wypadałoby wspomnieć!

Wprawdzie moja rodzina nie była za bardzo zaangażowana religijnie, jednak wyczuwałam opór pewnych pozorów, które niestety odcisnęły swoje piętno na mojej egzystencji nastolatki. Niejasne przeczucie – bo przecież w moim domu nie mówiło się o miłości nigdy – że jest ona właśnie traktowana tak, jakby była czymś złym i dlatego zakazanym, sprawiało, że czułam się notorycznie zagrożona i wymuszało to na mnie zachowania w jakimś sensie irracjonalne. Skrytość, mentalność samotnika, podejrzliwość, to tylko nieliczne cechy mojej osobowości, które zapamiętałam z tamtego czasu jako dominujące, w oparciu o które budowałam swoje życie uczuciowo-emocjonalne, przechowując w zakamarkach moich przeżyć to, co było we mnie najgłębszym przecież pragnieniem… i, jak sądziłam, najdoskonalszym.

Moi rodzice to była przedziwna para. Nawet wtedy, gdy niewiele jeszcze wiedziałam o życiu, czułam dziwny zgrzyt między nimi. Artysta z fantastycznymi, wręcz szalonymi, pomysłami i ascetyczna ekonomistka, skrupulatna i pedantyczna, ale altruistyczna i dlatego chyba przez wszystkich lubiana. I do tego obydwoje, preferujący rozmaite wartości, pochodzili z różnych obszarów kulturowych. Ojciec był z krwi i kości Litwinem, a mama miała duszę węgierskiej Cyganki. Ale w jednym się zgadzali: wartości religijne były dla nich podstawą dla zachowania polskości. Taki mariaż musiał odbić się na psychice dziewczyny, która dopiero co była dzieckiem i kołysała lalkę. No i oczywiście wpłynął na treść pytań, które zadawałam sobie wtedy, dokonując wiwisekcji mojego własnego umysłu, uczuć, pragnień, doznań. Pytań, na które przecież nie może być jednoznacznej odpowiedzi, bo ta zależy wyłącznie od przeżyć i doświadczeń człowieka i zmienia się jak w kalejdoskopie.

Moja najważniejsza rozterka dotyczyła istoty miłości. Pytałam samą siebie, czy miłość jest dobrem bez względu na okoliczności i czy wolno mi się w nią zaangażować. A właściwie byłam zadurzona. To na skrzydłach miłości unosiłam się w przestworza, to znów fale niezmierzonego smutku zagarniały mnie i wtedy tonęłam. I tak na przemian, jak na huśtawce uczuć. Pytałam oczywiście w ukryciu, bo w tamtych czasach w umyśle młodej dziewczyny już same wątpliwości tego rodzaju były uznawane jako godne potępienia. Obawiałam się odkrycia mojej najskrytszej tajemnicy i – jak się później okazało – niebezpodstawnie.

Tego dnia wracałam po szkole do domu nie spiesząc się. Było słonecznie i ciepło, choć dopiero stopniał śnieg, a ziemia jeszcze nim pachniała. Gdzieniegdzie na trawnikach w parku, pod brunatnością poszycia, przebijały się już pierwsze jaskrawiące się zielenią listki. Marzyłam o kolorach obrazu, który właśnie powstawał w mojej głowie. I tak zadumana weszłam do domu, a tam już od progu uderzyła we mnie kamieniem atmosfera nie wróżąca nic dobrego. Na stole w kuchni ujrzałam otwarty mój pamiętnik, w którym od jakiegoś czasu skrzętnie notowałam wiersze. Przemknęło mi przez myśl, że nie obrazy, lecz wiersze malować będę kolorami.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz