Lawendowy odcień róży

Ten wpis był dotąd czytany 419 razy!

Konduktor czaił się już z gwizdkiem, kiedy zziajana wpadłam na peron. Udało mi się wskoczyć do pociągu zaledwie parę chwil przed odjazdem. Natrętne pytanie przeleciało przez moją głowę jak błyskawica – dzisiaj już trzeci raz:
– Skąd się we mnie bierze to nieuporządkowanie?
Przeciskając się pomiędzy rzędami foteli i sprytnie omijając podróżnych ustawiających na półkach bagaże i niezdarnie sadowiących się na swoich miejscach, zaczęłam mimochodem coraz intensywniej dumać nad tym niepokojącym problemem.
– Przecież chaos w ogóle do mnie nie pasuje! – Przekonywałam siebie w duchu. – Jestem dobrze zorganizowana, zapobiegliwa, a nawet przesadnie pedantyczna, co oczywiście męczy bardzo i jest irytujące – taka fobia, którą otrzymałam w spadku po mojej mamie, kobiecie skrupulatnej, starannej i zawsze na posterunku – po żołniersku.
Czułam jednak, że w ocenie swojej osoby mijam się z prawdą. Niepokoiła mnie druga moja natura, równie istotna, a może nawet – patrząc z perspektywy artysty – ważniejsza. Próbowałam dowodzić racji, która, muszę to skwapliwie przyznać, zawsze bardziej mi się podobała i, co nie jest w moim życiu tylko szczegółem, szczelniej jakoś do mnie przylgnęła:
– To nie jest chaos, ale twórczy nieład po ojcowskiej kądzieli, który prześladuje moje zmysły od zawsze! – Myślałam, nie ukrywając zadowolenia.
Odkąd pamiętam lubiłam identyfikować się z ekscentrykami i artystami. Czułam, że taki styl wyrasta we mnie z samego korzenia życia, że nie jest udawany.
W pociągu nie było zbyt tłoczno, ale ja przeszłam już przez dwa wagony w poszukiwaniu miejsca dla siebie i rozważając – nieco pobieżnie – zbyt trudne na ten czas sprawy determinacji genetycznej. Postanowiłam być przed sobą uczciwa:
– W mojej sytuacji mieszanka charakterów, upodobań i sposobów wyrażania siebie nie powinna ani dziwić, ani straszyć schizofreniczną skłonnością. Można ją przecież zrozumieć, odwołując się do dziedziczności, a więc jest uzasadniona naukowo.
Jednak to wytłumaczenie w ogóle mnie nie satysfakcjonowało, więc poszukiwałam w myśli argumentów przemawiających jednak na korzyść mojej artystycznej natury. Zakotłowały się we mnie emocje i gdyby nie to, że otaczali mnie ludzie, z pewnością wykrzyknęłabym, a tak, tylko do siebie pod nosem zamamrotałam:
– Taka mieszanina jest wyrazem kontrastów i skrajności, których przecież absolutnie nie da się pogodzić! A trudność polega głównie na tym – uświadomiłam to sobie nagle – że zwykle zaskakują mnie moje własne, często sprzeczne, pomysły i reakcje, że nieraz myślę o nich tak, jakby były dziełem zupełnie obcej osoby.
Udało mi się w końcu znaleźć odosobnione miejsce, gdzie mogłam swobodnie zanurzyć się w myślach i nie czuć na sobie niczyjego wzroku. Nigdy nie lubiłam być obserwowana, zagadywana, poszturchiwana, ani też niezbyt chętnie przebywałam w towarzystwie osób plotkujących czy w ogóle rozgadanych. Mówiąc szczerze, z wielką rozkoszą odseparowałabym się w chwilach takich, jak ta. Niektórzy złośliwcy nazywają mnie odludkiem, ale ja wolę myśleć o sobie, że jestem introwertykiem. Ostatecznie każdy ma prawo do zachowania prywatności i własnego konceptu.
Ruszyliśmy. Z ciemnego peronu wynurzyliśmy się wprost na światło dnia. Po błękitnym niebie tylko od czasu do czasu przepływały obłoczki przypominające to białe żagle, to znów cukrową watę. Otwierały wrota pamięci o niezapomnianych, choć odległych, zapachach z beztroskich lat. Rozsiadłam się wygodnie przy oknie pustego przedziału i zasunęłam na oczy przeciwsłoneczne okulary. Odezwała się we mnie dziecięce wiara, że kiedy zasłonię oczy będę niewidzialna, i ona sprawiła, iż nareszcie mogłam się poczuć bezpiecznie, jak w kryjówce – odizolowana od reszty świata, sama z własnymi rozterkami, pomysłami, dziwactwami. Za szybą pozostawały w tyle chylące się pod śniegowymi czapami stare drzewa, puszyście pobielane ogródki działkowe, jakby przykryte mlecznym kożuszkiem albo bitą śmietaną, poniemieckie domy z przedmieścia i jakieś bliżej niezidentyfikowane przeze mnie obiekty – fabryki albo magazyny. Lecz obchodziło mnie to wszystko tylko przez kilka chwil. Obraz za oknem zamazywał się coraz bardziej, w miarę jak przyspieszał pociąg, więc przymknęłam oczy i poddałam prawie niewyczuwalnemu kołysaniu.
Nurtowało mnie jedno pytanie, a dotyczyło najważniejszej dla mnie sprawy! Zanosiło się na długie przemyśliwanie, tymczasem podróż miała trwać krótko. Problem nękał mnie od dawna i na pewno nie należał do łatwych. Tym bardziej niepokoił, że nawet wielcy filozofowie nie byli zgodni co do jego rozstrzygnięcia. Lecz ja chciałam, musiałam znać odpowiedź! Od niej zależało przecież moje życie, moja miłość. Chociaż… przekonałam się już nie raz, rozwiązanie trudnych problemów, a więc, wydawałoby się, wymagających precyzji i subtelnych analiz, niejednokrotnie przychodziło z nagła, jakby z zewnątrz, w postaci kulki informacyjnej albo pigułki wiedzy, którą można było odczuć, zrozumieć, przyswoić, przekształcić. Była to zawsze myśl jasna i skondensowana pod względem treści, a też – zdarzało się – szokująca i absolutnie nieprzystająca do powszechnie przyjętych reguł.
– Żeby doznać olśnienia wcale nie potrzeba dużo czasu – pomyślałam – raczej wymaga ono skupienia albo czujności. I otwartego umysłu. Ale to deficytowy towar w naszym codziennym zabieganym życiu, podporządkowanym stereotypom, zalęknionym i mało interesującym. Być może czas do zrozumienia i przemiany w ogóle nie jest potrzebny?! Czas i przestrzeń to tylko siedlisko szumu emocjonalnego, zgiełku i nadmiaru informacji, zresztą często wątpliwych pod względem ich zgodności z prawdą, z faktami. W tym galimatiasie lęgną się gotowe wzory odpowiedzi, podsuwane przez autorytety wszelakiego autoramentu: przez przemądrzałych nauczycieli, zarozumiałych lekarzy i psychologów, nadętych księży, pyszałkowatych polityków i innych koneserów dostatniego, wygodnego życia, z wygórowanymi ambicjami, zachłannych na zaszczyty i bogactwa, w każdej chwili skorych do sprawowania władzy. Ale czy o takie „gotowce” powinno się zabiegać? – Zafrasowałam się i nagle zasmuciłam. – I co komu po nich? Jaką korzyść może przynieść człowiekowi umiejętność bezbłędnego rozwiązywania testów albo stosowania się do zasad, które pochodzą z obcych myśli, co gorsza, nie zawsze uczciwych? Takimi możliwościami dysponują przecież maszyny elektroniczne! Czy uległość wobec wzorców i norm może wynieść ponad przeciętność, przemienić wewnętrznie, udoskonalić? Nie, ono najwyżej nauczy posłuszeństwa, znieczuli i stępi wrażliwość.
Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Spojrzałam mimochodem za okno w poszukiwaniu nazwy miejscowości. W tym samym momencie drzwi rozsunęły się z łoskotem i do nagrzanego przedziału wtargnęło mroźne, rześkie powietrze, a w chwilę później wsunęła się jakaś opatulona chustą głowa, rozejrzała się dookoła i, pozostawiwszy niedomknięte drzwi, zniknęła w czeluściach korytarza. Zza postawionego wysoko kołnierza wystawał tylko zaczerwieniony czubek nosa, a ponad nim – bystre oczy, więc nie mogłam przyjrzeć się twarzy. Lecz jakie to mogło mieć znaczenie? Najwidoczniej nie sprawiałam wrażenia dobrej towarzyszki podróży. A może była to bratnia dusza, która też poszukiwała samotności?
Domknęłam drzwi i powróciłam na swoje miejsce. Zakołysało, a ja ponownie zamknęłam się w sobie szczelnie.
– Czy jesteśmy zdeterminowani przez geny i przeszłość? – Zadałam sobie pytanie, o którym myślałam, że jest retoryczne.
Nie wierzyłam, że można rozwiązać ten problem. Myślałam o nieporozumieniu, które odsunęło mnie od Podarowanego (tak nazywałam mężczyznę mojego życia), i o tym, że to na pewno ja zawiodłam. Obawiałam się bólu odrzucenia i definitywnego rozstania, a potem bezsensownego życia. Jak na zawołanie przypłynęła do mnie śmiercionośna fala tęsknoty. Złowroga, nie wróżąca nic dobrego. Pochłonęła mnie całkowicie, ale jeszcze ostatkiem sił próbowałam się ratować. Nie ustępowałam, jak to mówią – tonący brzytwy się chwyta.
– Czy jesteśmy absolutnie uwarunkowani… przez nasze czyny i przekleństwo skłonności nabytych od przodków? Czy nie możemy się od nich uwolnić? Przeciąć te więzy?
Ogarnął mnie smutek z powodu bezsilności. Zrezygnowana, zawiedziona sobą i w ogóle strukturą samego życia, poddałam się w końcu mrocznym myślom, które – jak czarne chmury – narastały we mnie, kotłując bezładnie. I nieutulone w żalu, jedna po drugiej, ulatywały gdzieś w popłochu z nieprzyjemnym zgrzytem. A na ich miejsce nadciągały następne… i następne, coraz groźniejsze, bardziej okrutne i surowe, pogrążając mnie całkowicie w rozpaczy. Bezwiednie pomyślałam o pierwszej stacji Drogi Krzyżowej, że jest puchem marnym…
– Czy nie można już odwrócić tej sytuacji…?
– Nie! Zrób coś, by nawiązać z nim znowu kontakt! – Myśl buntownicza, przeciw śmierci, niezwykle jasna i elektryzująca, niespodziewanie błysnęła w moim umyśle i w mgnieniu oka rozpędziła pozostałe. Mój instynkt życia tym razem zwyciężył.
Poczułam, że otula mnie ciepło entuzjazmu-czułości-fascynacji-oczarowania o lawendowym odcieniu róży. A pociąg wciąż pomykał, wystukując rytm odwiecznej melodii, przygrywanej teraz do dobrego snu.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz