Pocałunek szpilki

Ten wpis był dotąd czytany 194 razy!

Lekkim szarpnięciem samolot poderwał się z pasa startowego. Ziemia uciekała od nas coraz szybciej i szybciej, ale my chętnie pozostawialiśmy za sobą jej makietę: domki przypominające pudełka od zapałek – w zawrotnym tempie malejące, prostokąciki pól w odcieniach zieleni dojrzałego lata, wijące się wstążki rzek i dróg z samochodzikami… i wiele jeszcze innych drobiażdżków, których nie sposób wymienić – psy, koty, jaszczurki i kamienie… Tylko biały gołąb przez jakiś czas podążał tropem naszej smugi, aż w końcu zagubił się po nim wszelki ślad. Od startu minęło zaledwie parę chwil, a już wbiliśmy się w pierzaste obłoki, jakby upaćkane farbą fluoroscencyjną, i – wystrzeliwując w szafirową czeluść – poszybowaliśmy wysoko ponad chmurami. Tęsknota pociągała nas ku podniebnym przygodom.

Przez jakiś czas ciężar przyziemnych spraw nie pozwalał mi unieść się w powietrze. Wsłuchiwałam się, czy któryś z siedzących obok mnie pasażerów nie wyrazi swojego niedowierzania albo przynajmniej nie będzie zdumiony z powodu fenomenu lewitowania żelastwa. Ale nie wyłowiwszy żadnych komentarzy na ten temat z szeptanego szumu mało interesujących rozmów toczących się wokół, znużona ich monotonią jeszcze bardziej odchyliłam głowę do tyłu i wygodnie ułożyłam się w fotelu. Przymknęłam oczy. Zgodziłam się w końcu, żeby prawie niewyczuwalne kołysanie utuliło mnie do sennego marzenia. Natychmiast uświadomiłam sobie, że balansując na pograniczu jawy i snu, bez najmniejszego oporu materii przenoszę się do dobrze mi znanych, jakże odległych w czasie i przestrzeni miejsc.

* * *

Powoli, ostrożnie, najpierw jedną, potem już śmielej – drugą nogę postawiłam na podwórku naszego rodzinnego domu. Postępując w ślad za kółkiem graniastym, cztero-kanciastym, coraz szybciej i szybciej, kręciłam się z dziećmi. Przyspieszaliśmy aż do ostatniego tchu, trzymając się mocno za ręce i zadzierając jak najwyżej głowy. Słońce kłuło w oczy jasnością przetykaną ciemnozielonym o tej porze roku listowiem starej topoli – smukłej powierniczki naszych wielkich sekretów i małych, mimo wszystko, problemów. Ciemno-jasno-ciemno-jasno… Przed oczami pojawiały się to białe, to znów czarne plamy. Kółko przyprawiało o zawrót głowy, aż nam się połamało, cztery grosze kosztowało, a my wszyscy bęc! – Rozerwaliśmy zaplecione ręce i zdyszani upadliśmy na rosnącą nieopodal trawę, upstrzoną złocieniami, rumiankami i czerwoną koniczyną, z gdzieniegdzie rozrzuconymi polnymi makami. Cały świat wirował, ale to nam nie przeszkodziło, żeby – uspokoiwszy zmysły – poderwać się znów ochoczo i powrócić do wyliczanki.

Tylko Hania nagle straciła zainteresowanie wspólną zabawą. Rozsiadła się na trawie i wyprostowawszy – rozsunęła szeroko nogi. Następnie wygładziła na kolanach zwiewną spódniczkę szytą w klosz, po czym zrywała i układała na niej kwiatki. Gdy już było dość, delikatnie wyjęła z wiechcia kilka zaplątanych w nim maczków i zaczęła splatać ich łodyżki z dobieranymi po jednym, innymi kwiatkami. Uśmiechała się przy tym tajemniczo. Na koniec, przekrzykując nas – rozentuzjazmowanych, oświadczyła z dumą:

– To będzie wianek dla panny młodej.

My natomiast na przemian przyspieszaliśmy w szalonym pędzie karuzeli tak, że stopy w ogóle nie dotykały ziemi – zdawało się, że przebierając nogami, płynęliśmy z cadykami w zaczarowanym Chagallowskim eterze, to znów zwalnialiśmy. I nie wiadomo, czy myliliśmy się, czy celowo łamaliśmy wszelkie zasady gry, zamieniając znienacka słowa piosenek. Ale to była przecież nasza zabawa, więc mieliśmy prawo robić z nią to, co tylko chcieliśmy.

– Chłopcy, dziewczęta, dalej spieszmy się…! Wzywa nas z daleka…! Starsze już poszły, a młodsze jeszcze nie…! Kółko graniaste, cztero-kanciaste…! Hej, hopsasa, jak ona szybko mknie…! Kółko nam się połamało…! Hej, dalej, dalej do zabawy śpieszmy się…! Karuzela czeka… – wydzieraliśmy się pod niebiosa, aż szyby niebezpiecznie brzęczały w oknach.

To nasze szaleństwo od czasu do czasu przerywały złowrogie głosy:

– Cisza tam…! Bo jak…

My jednak ani nie słuchaliśmy tego złorzeczenia, ani się nim nie przejmowaliśmy.

W końcu Małgośka, siostra Hanki i najstarsza spośród nas dziewczynka – nie to, żeby się bała pogróżek niezadowolonych sąsiadów – ale znudzona już przydługim hasaniem, wzbudzając wokół siebie tumany kurzu, przyhamowała nogą wirujące kółko dzieciaków. Krzyczała, powtarzając raz za razem:

– Kto ma chusteczkę…? Kto ma chusteczkę…?

Marek otrzepał ręce o krótkie spodenki i wyciągnął z kieszeni pognieciony kawałek szmatki w kolorowe grochy. Otarł nią spocone czoło i, machnąwszy przed noskiem złotowłosej Małgosi, zaintonował:

– Mam chusteczkę haftowaną, co ma cztery rogi…!

Chłopczyk wybuchnął rechotliwym śmiechem. Zawtórowaliśmy, wydzierając się niemiłosiernie.

Przymknęłam oczy i bez wysiłku, jakby bezwolnie uniosłam się wysoko… ponad drzewa i czerwone dachy domów – niczym balonik nadmuchany marzeniami. I tak płynęłam… i płynęłam w przestworzach, przytulając się do pastelowej melodii, przecinanej ostrymi jak brzytwa dźwiękami rock’n’rolla. Ta błogość długo by jeszcze pęczniała w bólu rozkoszy, gdyby nie to, że o strzępy muzy zaczepiła się szpilka z karminową główką i – pocałowawszy balonik – strąciła mnie w sam środek rozbawionego tłumu. W tym momencie pary powykręcane w tanecznym szale, jedna po drugiej, zaczęły przesuwać się w stronę ściany. Ktoś chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą na sam środek parkietu, gdzie ustawione już w krąg znane mi i nieznane osoby podśpiewywały pod nosem, uśmiechając się frywolnie.

– Mam chusteczkę haftowaną…! Kogo kocham, kogo lubię…! – Rozdźwięczały się w moich uszach słowa piosenki.

W czeluści przymkniętych powiek moja tęsknota zakorzeniła się jeszcze głębiej, niż do tej pory. Głębiej nawet, niż gdybym ją przeniosła do czarnej dziury.

– Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję…!

Pośrodku mój Odważny Mężczyzna, kręcąc się wokół własnej osi, wyśpiewywał aksamitnym głosem. Machnięciem chusteczki odrzucał kolejno rozochocone i roześmiane panny. Cała zastygłam w bezruchu. Zahuczała głucha cisza.

– A chusteczkę haftowaną tobie podaruję! –   Usłyszałam nagle.

Kątem oka zobaczyłam, jak wytwornym ruchem ręki Mężny rozkłada przede mną chustkę. Uklęknął. A kiedy pogaszono wszystkie lampy świata, na krzywej Gaussa rozkołysały się dzwony, zawirował świat. W ułamku sekundy, niespodziewanie, sfrunął na mnie pierwszy pocałunek miłości. Przykleił się czule do moich ust i tam już pozostał. Na zawsze.

A spłoszona, dusza uleciała ze mnie trzepotem motylich skrzydeł – donikąd.

* * *

Co z duszą? – Powróciła do mnie, ale dopiero z iluminacją neonów pędzącego ku nam miasta i z uderzeniem jaskrawych świateł pasa startowego. Wkrótce samolot usiadł na płycie lotniska, a huk oklasków, które należały się pilotowi, ostatecznie przywrócił mnie ziemskim, mniej lub bardziej ważnym sprawom.

 

Udostępnij to:

Dodaj komentarz