Nic nie przebije szczawiowej z ogonkami

Ten wpis był dotąd czytany 225 razy!

Wyprawienie mojej mamy z domu na dłużej, powiedzmy na tydzień albo – jeszcze lepiej – dwa, nie należało do łatwych zadań. Musieliśmy się z ojcem zawsze solidnie nabiedzić, żeby taki plan zrealizować. Jak zwykle w podobnych sytuacjach ojciec bębnił palcami w stół i uśmiechał się Lisem-Chytrusem – jakby z odległych pozaziemskich krain spoglądał na świat. A to u niego oznaczało nie tylko wielkie zniecierpliwienie, o czym się często w różnych sytuacjach przekonywałam, ale też świadczyło o głębokim namyśle nad wyjściem z opresji. Twierdził bowiem uparcie, mimo licznych niepowodzeń, że nadzór prowadzony przez moją mamę w żadnym razie nie jest impasem i że nawet ze strażnikiem więzienia można sobie poradzić, a cóż dopiero z nią. Pogwizdując pod nosem, powtarzał w kółko w zamyśleniu odciskającym się głęboką bruzdą na jego wysokim czole.

– Trzeba tylko trochę pogłówkować…, trzeba trochę pogłówkować…, pogłówkować…

Zwykle wpadał na jakiś nowatorski pomysł wyjścia z tej niekomfortowej sytuacji, na przykład podchwytliwie wyolbrzymiając zatroskanie, usiłował skłonić ją do opuszczenia domu.

– Powinnaś trochę odpocząć! Za dużo pracujesz! – Perorował śpiewnie.

Podstęp oczywiście nie uchodził uwagi mojej mamy. Była czujna i na takie dictum odpowiadała bez wahania:

– A kto za mnie to wszystko zrobi?! – I szerokim łukiem zataczała ręką wielkie koło.

Ojciec nie należał do choleryków. Był człowiekiem spokojnym, zrównoważonym, choć czasami zdarzały mu się wybuchy… hmm… irytacji. Zwykle jednak reagował na pytania z rozwagą i po upływie jakiegoś czasu, nieraz nawet sporego, zaskakiwał morałem albo kąśliwą uwagą. Mama nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystała charakteru mojego ojca do swoich wyrachowanych celów. Nie słysząc natychmiastowej odpowiedzi, triumfowała:

– A gdzie znajdziesz kogoś, kto mnie zastąpi?! No gdzie?!

Wobec takiego obrotu sprawy ojciec poddawał się. Ale na krótko. Przegrywał bitwę, lecz nie rezygnował z wygranej na wojnie. Nie dziwiło mnie zresztą, że jego sprytnie wykombinowane akcje przeważnie jednak pozostawały bezskuteczne. Mama doskonale znała jego słabości i na okoliczność jego nieprzekonujących na ogół argumentów miała zawsze przygotowaną wymówkę, która – w jej przekonaniu oczywiście – była niezbitym dowodem na to, że jest niezastąpiona i że bez niej przede wszystkim nasz żywot, a później jej i innych ludzi, zakończy się marnie. A to umówione spotkania – z lekarzem, koleżankami, biedakami z naszej dzielnicy…, a to porządki, a to święta…, a to w końcu chęć pobycia… o zgrozo – z nami! Zawsze znajdowała się jakaś zaraza, która nie wypuszczała jej z domu. My natomiast jako te wolne ptaki – tęskniliśmy do swobody. I na nasze nieszczęście rzadko kiedy znajdowaliśmy kontrargumenty przeciw tym jej… powiedzmy… dowodom.

Ale i to wszystko razem wzięte, te spory i dyskusje, złośliwostki i sarkazmy, przymówki, docinki i przytyki były integralną częścią naszego współżycia – zresztą pasującą do nas jak najbardziej. Tak więc nie to, żebyśmy z ojcem mieli w ogóle mamy dość! Ale… hmm… stały nadzór – mówiąc dość oględnie – denerwował nas bardzo. I było coś jeszcze. Mnie i ojca łączyła wspólna pasja, której przy niej żadną miarą nie dało się realizować. A było to… Lecz nie będę uprzedzać wypadków, bo oto zdarzyło się raz, że i do nas uśmiechnęło się upragnione szczęście. Historia ta, choć całkiem pospolita, zasługuje na szczególną uwagę z tego względu, że ani wcześniej, ani później w domu mojej młodości nic podobnego nie miało miejsca.

* * *

Moja mama sądziła, że musi mnie i ojca pilnować. Była święcie przekonana, że bez jej opieki i zapobiegliwości my artyści – lekkoduchy nurzający się w abstrakcjach, całkowicie pozbawieni realizmu i zmysłu przetrwania w tym żarłocznym i okrutnym świecie – zginiemy marnie. Ale pewnego dnia wróciła do domu z zakupów i – jak się po kilku chwilach okazało – z Urzędu Paszportowego. Oświadczyła nam kategorycznie, że zamierza odwiedzić rodzinne strony. Z wielu powodów było to dla nas bardzo dziwne i zaskakujące, choćby dlatego, że utrzymywała ten pomysł w tajemnicy przez długi okres oczekiwania na paszport i załatwiania sobie zaproszenia – w tamtych czasach wyjazd na Wschód wiązał się z wieloma komplikacjami, których lepiej jest nie wspominać, a najlepiej w ogóle o nich zapomnieć. Natomiast mnie i ojca bardziej intrygowało, dlaczego mama nie dopytywała się, czy sobie na pewno poradzimy – za dobrze ją przecież znaliśmy, żeby zignorować ten „drobiazg”. Milczeliśmy jednak, bo nie chcieliśmy zapeszyć. Ona nie pytała – my nie komentowaliśmy, ani nawet nie sugerowaliśmy żadnych problemów czy wątpliwości. W tej sprawie milczeliśmy jak grób. Zacieraliśmy tylko za jej plecami ręce, wznosząc dziękczynne modły do niebios za jej sentyment do rodzinnego miasta i w ogóle do wspomnień z dzieciństwa i młodości. I mrugnięciami porozumiewaliśmy się ze sobą, oczekując z niecierpliwością na upragniony czas jej wyjazdu.

I oto nareszcie nadszedł ten cudowny dla nas dzień! Spakowane walizki stały już w przedpokoju. Były wypchane rzeczami osobistymi mojej mamy, ale zgodnie z jej wolą przede wszystkim powkładaliśmy do nich rozmaite upominki – od wielkiego misia dla dziecka koleżanki po jakieś tekstylne drobiazgi wystane w kolejkach sklepowych, bo trzeba wiedzieć, że w owych czasach bez żadnych problemów można było kupić tylko ocet. Mama czekając na taksówkę zaglądała przez okno. Była jak zwykle elegancka i wytworna, prawdziwa dama. Ona opanowana, my – podenerwowani. Obawialiśmy się wszystkiego, co mogłoby ją spotkać w „podróży w nieznane”, jak lubiliśmy z ojcem mówić o tej ekstrawaganckiej wyprawie kobiety, którą przecież obydwoje z ojcem i po swojemu kochaliśmy. Między nami mówiąc, niepokoiliśmy się bardzo.

– Wyjedzie za granicę i w dodatku tam, gdzie panuje reżim! – Szeptaliśmy do siebie i wyłącznie za jej plecami, żeby niechcący nie wywołać u niej paniki.

A w tych niespokojnych czasach mogło się wydarzyć wszystko. I tego właśnie obawialiśmy się, prorokując najgorsze. Mieliśmy wyrzuty sumienia, czuliśmy się tak, jakbyśmy wygnali ją z domu na pastwę losu. W podobnych sytuacjach, jak powszechnie wiadomo, a i psychiatria potwierdza ten stan rzeczy, wyobraźnia podsuwa najbardziej nieprawdopodobne i przerażające obrazy, które przyklejają się do umysłu i nie pozwalają normalnie żyć, podsycają ogień pod strachami i przygniatają swym ciężarem. Tak więc przez cały czas oczekiwania na jej wyjazd mnie i ojca nękały upiorne sny, oczywiście z mamą w roli głównej. Podsumowując ten nieprzyjemny dla nas wątek całej sprawy, czuliśmy się najzwyczajniej w świecie cholernie winni. Równocześnie, i to było bardzo dziwne uczucie, obawialiśmy się, że w ostatniej chwili dobry omen (mimo wszystkie niepokoje) okaże się tylko złudzeniem, fatamorganą, i że jakiś niezbadany bliżej urok w jednej chwili odczaruje wszystko, odbierając nam nadciągającą wielkimi krokami i długo oczekiwaną wolność, gdy na przykład mrugniemy okiem albo niechcący wykonamy jakiś ręką ruch – w efekcie magiczny. Baliśmy się, że w ostatniej chwili mama powie ze śmiechem:

– Żartowałam!

Po czym jak gdyby nigdy nic sen pryśnie, a życie i ona powrócą do swych codziennych spraw: do obowiązków, do prasowania, gotowania, szykowania kanapek… i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Przekonywaliśmy się już w różnych sytuacjach, że jak najbardziej mama jest do takiej krotochwilnej mistyfikacji zdolna. I to pomimo jej wewnętrznego, ale nade wszystko zewnętrznego uporządkowania. Nadmienię przy tej okazji, że płynęła w niej polska krew tylko w połowie. W drugiej połowie była Węgierką – mimo, że z jasną karnacją i popielatymi włosami – a więc nic dziwnego, że miała cygańską naturę emancypantki, kipiała niespożytą wręcz energią i radością zaprawioną szczyptą szaleństwa i garstką przekory. Kiedy wspominam rodziców, myślę sobie czasem w duchu, że ojca związanego ze środowiskiem cyganerii rozkochało w mojej mamie właśnie owo ciut… ciut tych przypraw, pachnących egzotyczną mimo wszystko fantazją naszych węgierskich bratanków. Ale choć niewiele było w niej ekscentryzmu, to jakże ważny stanowiła ta odrobina składnik – doprawiono nim smak naszego wspólnego domowego bytowania.

Do tego wszystkiego – do naszych obaw przed tą podróżą, ale też do ekscytacji – zbijało z tropu to, że mama wzbraniała się przed odprowadzeniem jej na dworzec. Przeczuwałam, że święci się coś… absolutnie niecodziennego i prawdopodobne, że niedobrego. A najgorsze, że ojciec, który z natury był optymistą, tym razem jednak niestety podzielał moje zdanie. Nieoczekiwanie dla nas samych i jakby bezwiednie staliśmy się czujni do granic ludzkich możliwości. Zdaje się: byliśmy oczami i uszami tego domu. Odruchowo reagowaliśmy na każdy gest i słyszeliśmy dosłownie wszystko, najmniejszy nawet szmer, gderanie mamy, ciche i pod nosem, a potem tłumione wybuchy gniewu. Docierały do nas strzępy uszczypliwych epitetów, rzucanych pod adresem PKP i w ogóle komunikacji.

Na domiar złego przypomniałam sobie właśnie, jak całkiem niedawno mojej mamie zebrało się na wspominki. Zachwycała się datowanym jeszcze na koniec XIX wieku zainteresowaniem lwowian aeronautyką. Przypominała znane mi dobrze opowieści dziadka Michała o tym, jak na torze wyścigów konnych koło Persenówki założona w 1909 roku najstarsza polska organizacja lotnicza, Związek Awiatyczny Słuchaczów Politechniki Lwowskiej, prezentowała nie tylko kolorowe latawce i balony (co, jak pamiętam z dzieciństwa, mnie najbardziej fascynowało), ale też organizowała pokazy samolotowe. Mama napomknęła niby od niechcenia, jednak nie uszła mojej uwagi uroniona łza spływająca po jej policzku, że w połowie 1915 roku na Lewandówce będącej częścią Janowskich Błoń pod Lwowem, nieopodal towarowej stacji kolejowej i głównego dworca, Austriacy rozpoczęli budowę lotniska i do końca 1917 roku powstały tam aż cztery drewniane hangary. Mama opowiadała, że już za jej pamięci, jakoś w 29., Lotnisko Lewandówka zostało zamknięte, ale że wkrótce zapadły decyzje o budowie nowego obiektu. Mówiąc z dumą o świetności Lwowa, zachwalała teren w Skniłowie zakupiony pod tę inwestycję. Jednak wybuch II wojny światowej przekreślił rozwój jej rodzinnego miasta. A po wojnie Lwów znalazł się już w granicach Związku Radzieckiego, samo miasto podupadło, lotnisko natomiast stało się prowincjonalne. W owym czasie mama mieszkała już w zachodniej części powojennej Polski.

Jak pamiętam, mama często ubolewała nad tym, że Lwów miał wówczas połączenia tylko z Moskwą i Kijowem. Narzekała, że samoloty czarterowe z zagranicy zjawiały się we Lwowie niezwykle rzadko, przywożąc przeważnie ekipy sportowe lub przedstawicieli władz partyjnych i rządowych. Sama bezpartyjna, przekonywała mnie i ojca, bardzo się przy tym irytując, że ten właśnie fakt uniemożliwia jej odwiedziny rodzinnych stron, do których tak bardzo tęskni. Summa summarum, nabieraliśmy z ojcem przeświadczenia, że mama nie mówi nam całej prawdy o wyjeździe do Lwowa. Jej opowieści o lataniu i w ogóle ta niezdrowa – jak na nią oczywiście – ekscytacja dryfowaniem w chmurach były dla nas zaskakujące i w tym konkretnym momencie mocno podejrzane. Tym bardziej, że przecież zabroniła mi uczestniczyć w kursie spadochronowym, na który zapisałam się bez jej wiedzy, o czym dowiedziała się od mojej nauczycielki na szkolnej wywiadówce. Odkąd pamiętam, zawsze obawiała się wszystkiego, co wydawało jej się ekstremalne.

Tak więc w napięciu i z mieszanymi uczuciami entuzjazmu, to znów skruchy i niepokoju, co jakiś czas popatrywaliśmy raz na siebie, innym znów razem zaglądaliśmy mamie przez ramię albo wychylaliśmy się przez okno, a kiedy w końcu zajechała taksówka, rzuciliśmy się do przedpokoju, żeby pomóc jej znieść walizy na dół. W ogólnym zamieszaniu uchwyciłam jeszcze w locie jej lustrujące spojrzenie na nas i na dom. Pożegnaniom – jak się wydawało – nie było końca. Mama zdążyła jeszcze wydać ostatnie polecenia i nareszcie taksówka ruszyła w stronę dworca. Czekaliśmy przez chwilę aż zniknie za zakrętem, po czym na złamanie karku pognaliśmy do domu, zapominając o wszelkich skrupułach. Ojciec wpadł do mieszkania pierwszy, ja tuż za nim. Od razu skierował swoje kroki do kuchni. Otworzył lodówkę, a tam! Zgroza! Zaprogramowane wszystkie posiłki i jeszcze rezerwa. Mama była zapobiegliwa i lubiła gnać myślą w przyszłość, przewidując różne sytuacje. Więc wyobraziłam sobie w duchu, jak mówi:

– A to macie jeszcze na wszelki wypadek, gdybyście zgłodnieli. Albo dla niespodziewanych gości…

* * *

Przez dwa tygodnie dobieraliśmy z ojcem na targu zioła – gorzkie albo ostre – na przemian, też mięsiwa, kasze i mąki, masło i śmietanę, a potem w kuchni zamienialiśmy się w prawdziwych kuchmistrzów-głodomorów na litewskie smaki i przysmaki. Na stole leżała książka kucharska. Jej tajemnice mógł oczywiście odsłaniać tylko mój ojciec, bowiem była wydana w Wilnie i po litewsku. Ja, nieznająca jego drugiego ojczystego języka, mogłam tylko chłonąć każde słowo, a potem – wyobrażać sobie i przyswajać aromaty. Już na samą myśl o chrupiących złocistych placuszkach ociekających prawdziwym masłem, z sałatką z soczystych malinowych pomidorów ciekła mi ślinka.

Ten bardzo kreatywny czas – obfitujący w sute i, moim zdaniem, nareszcie prawdziwe jadło – musiał się jednak kiedyś skończyć. Nadszedł ostatni dzień naszej wolności i należało godnie go uczcić.

– Podano do stołu – najpierw usłyszałam śpiewny głos, później wjechały do pokoju kołduny, bliny i inne frykasy, a na koniec zobaczyłam, jak ojciec w niedbale (a może artystycznie?) przewiązanym kuchennym fartuchu tanecznym krokiem zbliża się do stołu z tacą.

Mama miała przyjechać rankiem następnego dnia, więc wieczorem obficie zastawiliśmy stół i czekaliśmy na zaproszonych sąsiadów, którzy lada moment mieli przybyć na naszą biesiadę. Mieliśmy też w planie hojnie ich obdarować lodówkowymi zapasami mamy. Rozległ się dzwonek, więc podekscytowani pobiegliśmy do drzwi. Ojciec, jak zwykle przezorny, zajrzał przez judasza. Zobaczyłam tylko, jak w ułamku sekundy zrzedła mu mina. Otworzył… powiedziałabym… baaardzo się ociągając. Do przedpokoju jak zegarowa bomba wpadła moja mama i rozentuzjazmowana – na przemian to całując nas, to ściskając – wciągała do mieszkania walizki i powoli przesuwając się w stronę pokoju, wykrzykiwała:

– W ogóle nie czułam turbulencji! To było fascynujące… patrzeć na świat przez chmurową firankę!

Staliśmy pod drzwiami oniemiali – mimowolni uczestnicy tej satyry. I nie tylko z tego powodu, że jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, będąca dotąd tylko niejasnym przeczuciem, której jeszcze całkiem niedawno tak bardzo się obawialiśmy i z którą nie zdążyliśmy się oswoić. Z przerażeniem myśleliśmy, że przecież w całym domu roznosi się zapach rosołu ze złocistymi okami oraz prawdziwego kulinarnego arcydzieła: ręcznie lepionych przez nas przez całe popołudnie i świeżo ugotowanych kołdunów – z siekanym farszem doprawionym aromatycznym majerankiem, wszystko według receptury. Na stole różowiła się sałatka warzywna z buraczkami ćwikłowymi i z majonezem – odpowiednio słona i pieprzna. Wyjęte z piekarnika bliny, jeszcze gorące, rumieniły się do śmietany, pomidorów i cukru. Czekaliśmy już tylko na moment kulminacyjny naszej uczty: na masło powoli roztapiające się na patelni – tak, żeby się nie przypaliło, lecz leciutko przysmażyło. No i na naszych gości, którzy mieli z nami świętować. Oczyma wyobraźni widzieliśmy ponure barwy tego rozświetlanego błyskawicami pastiszu, zwłaszcza wzburzenie mamy na widok lodówki, z której przez cały czas jej nieobecności nie zniknęło absolutnie nic z zapasów przygotowywanych przez nią długimi wieczorami przed samym wyjazdem. Wiedzieliśmy, że mama kuchni wschodniej nie lubi, też z powodu ostrych przypraw i tłustości, które – jej zdaniem – były niezdrowe. Przede wszystkim jednak kojarzyła specjały litewskie ze szczawiową dziadka Waleriana – pikantną zupą z kwaśnego zielska uzbieranego na łączce nieopodal jego domu pod Gdańskiem! Kiedy za czasów mojego dzieciństwa odwiedzaliśmy w lecie dziadka, serwował ją – zaciągniętą łyżką wiejskiej śmietany – z jednym jajkiem i… z ogonkami. A wszystko to z racji jego sknerstwa, bardzo zresztą urokliwego i przyprawiającego niejednokrotnie o łzy – ze śmiechu.

– Jedz, jedz! Nic się nie może zmarnować! – Mówił do mnie, gdy oplatałam brzeg talerza wianuszkiem z niedogotowanych łodyżek ze szczawiu i kiedy odwracałam głowę wrzucał mi je z powrotem do zupy.

Mama nadymała się w takich chwilach i, mimo że nie lubiła mojego wybrzydzania, zawsze stawała w mojej obronie. Mówiła coś o tym, że kwas szczawiowy ma złodziejską naturę – kradnie człowiekowi wapń, wchodząc z nim w związek. I że dlatego właśnie dzieci nie powinny go w ogóle jeść. Mnie ten mariaż szczawiu z wapniem rozśmieszał. Oczyma wyobraźni widziałam na ślubnym kobiercu pulchną damulkę w śnieżnobiałej wapiennej sukni i peruce, a obok niej smukły elegancik przyodziany we fraczek szyty ze szczawiowych listków. A poza tym wszystkim i tak wiedziałam, że nic nie przebije szczawiowej z ogonkami dziadka Walusia.

 

Udostępnij to:

Dodaj komentarz