Szczawiowa u dziadka Walusia… ze szczyptą erotyzmu

Ten wpis był dotąd czytany 487 razy!

I cóż z tym życiem?

I cóż z tym pisaniem? Jak się ono ma do życia? Bo ja bym chciała życie zmieniać swobodnie, do twórczości je przybliżając, a nie odwrotnie – zamykać pisanie w celi konwenansów… z życia wziętych.

Zwykle w życiu lubimy zaczynać wszystko od początku. Ale i tak zakorzeniony w naszej kulturze pogląd o wiążących determinantach (genetycznych, społeczno-kulturowych, w końcu: wziętych z naszej osobistej przeszłości) nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Jeśli ktoś wie, jak się z tym uporać – czekam na receptę.

Na szczęście z moim pisaniem (i w ogóle z twórczością) jest inaczej. Lubię sobie pozwolić na dużo więcej, a może nawet na wszystko!?

I niekoniecznie muszę zaczynać od nowa. Wystarczy, że kończyć mogę różnie…

[Tu powiedzieć wypada na marginesie, że ostatnie zdanie powstało z inspiracji wierszem mojego przyjaciela Tadeusza Stupnickiego, którego tomik wierszy pt. Takie tam już wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Akademia Pióra:

„kochamy
kochamy razem już obrzydliwie nadzy
ja ciągle od początku On ciągle do końca
szarańcza ludzi gnijących miłość uzupełnia”].

 

Wróćmy do rzeczy. Otóż nasza historia rozpoczyna się, jak tutaj: http://upokorzonym.pl/?p=1505

Ale mniej więcej od słów: „– W ogóle nie czułam turbulencji…” bierzemy ostry zakręt i…. Nie uprzedzajmy jednak wypadków!

 

… Wiedzieliśmy, że mama kuchni wschodniej nie lubi, też z powodu ostrych przypraw i tłustości, które – jej zdaniem – są niezdrowe. Przede wszystkim jednak kojarzyła specjały litewskie ze szczawiową dziadka Waleriana – pikantną zupą z kwaśnego zielska uzbieranego na łączce nieopodal jego domu pod Gdańskiem! Kiedy za czasów mojego, powiedzmy… już nie dzieciństwa odwiedzaliśmy go w lecie, serwował ją – zaciągniętą łyżką wiejskiej śmietany – z jednym jajkiem i… z ogonkami. A wszystko to z racji jego sknerstwa, bardzo zresztą urokliwego i doprowadzającego nieraz do łez – ze śmiechu.

– Jedz, jedz! Nic się nie może zmarnować! – Dziadek uśmiechał się pod nosem, cedząc do mnie słowa, gdy oplatałam brzeg talerza wianuszkiem z niedogotowanych łodyżek szczawiu.

A kiedy wciągałam go w zabawne igraszki, celowo odwracając głowę od stołu, ukradkiem wrzucał mi te ogonki z powrotem do zupy. Ku mojej uciesze dziadek – z powodu swojej wrodzonej kłótliwości, której zresztą był świadom i z którą, jak przypuszczam, dobrze się czuł – niezupełnie serio przekomarzał się z mamą, a ona w takich chwilach nadymała się, ale całkiem poważnie. Zresztą… do końca nie wiadomo, kto kogo nabierał z tym wojowaniem. Mama nie lubiła mojego wybrzydzania, lecz w podobnych sytuacjach stawała niby to w mojej obronie. Tak naprawdę chodziło jej o wygraną, bowiem uznawała tylko swoją rację. Kostycznie (z niehumorzastym humorem, jak sobie czasem w żartach pokpiwał mój ojciec) mówiła coś o tym, że kwas szczawiowy ma złodziejską naturę – kradnie człowiekowi wapń, wchodząc z nim w związek. I że dlatego właśnie dzieciom bezwzględnie powinno się zakazać go jeść, żeby nie narazić ich na jakieś straszliwie wredne choróbska.

Mnie mariaż szczawiu z wapniem i cała ta dysputa tylko rozśmieszały i pobudzały wyobraźnię. Tuż obok, na polu walki pomiędzy moją mamą a dziadkiem toczyła się wojna prawie na noże o bogu ducha winny szczaw, ale ja już po kilku chwilach przysłuchiwania się kłótni wolałam teleportować się do czasów, powiedzmy sobie szczerze… bardziej przychylnych swobodzie i w ogóle, lekkości obyczajów.

Snułam w myślach nieco zbarokowioną opowieść o ekscesach seksualnych wapiennej panny związanej ze szczawiowym kawalerem. Wyobrażałam sobie ślubny kobierzec. A na nim – w blasku tysiąca i jednej świecy, no i obowiązkowo w zaduchu kadzideł i podniosłej atmosferze wygrywanej przez organistę – uróżowana damulka, pulchna jak pączek w maśle. Przystrojona w śnieżnobiałą suknię rozpiętą na krynolinie, z wlokącym się za nią welonem, koniecznie dziewiczo-białym, i w pudrowanej peruce. Z równie przypudrowaną cnotą – to oczywiste, że nadwyrężoną i nieświeżą – z nałożoną grubą warstwą blichtru. Hmm… Na niedoskonałości? Któż to wie, poza nią samą oczywiście, iluż to kochanków zwabiła do alkowy swym ponętnym ciałem w negliżu, zdradzając lubego? Ileż westchnień roztrwoniła? Cóż, przynajmniej mężulek nie będzie jej musiał rozdziewiczać!

A obok panny młodej przed świętym ołtarzem stał smukły elegancik, również nie grzeszący nobliwością, raczej rozbrykany i częściej, niż w dobrym towarzystwie, bywający w nieświętych przybytkach rozkoszy. Cokolwiek spłukany ten jej oblubieniec i ostatnia deska ratunku, ale czegóż się nie robi, żeby oczyścić się ze złej sławy i odnowić moralité?! Przyodziany był w wytworny frak, szyty na miarę (i na rachunek teścia!) przez krawca Abrama Szmugla (nawiasem mówiąc, naszego sąsiada, którego żywcem przeniosłam do innej, wytworniejszej epoki).

– Sama Matka Natura lepiej nie skroiła liścia szczawiu, niż ten ciemnozielony fraczek! Istny cymes, miód-malina! – Podczas ostatniej przymiarki w zakładzie krawieckim Szmugiel podkręcał pejsa i, chwytając się pod boki, cmokał na widok szykownego młodzieńca stojącego przed nim półnago w samym tylko fraku naciągniętym na koszulę.

I dalej rozwijałam opowiastkę o tym, jak w stadle rodzinnym nowożeńcy ani ciut… ciut nie stali się mniej chętni… Jak to żądze ich nieokiełznane, przypieczętowane ślubami w najświętszym przybytku składanymi, z minuty na minutę i na mocy prawa zyskały aprobatę społeczną i… boską i korzystając z tej okazji, w sypialnianych pieleszach dopiero się rozbrykały. Ale, jak to mówią, każdy ma prawo do życia takiego, jakie lubi. Byle nie dopuszczał się gwałtu! Zatem Pan Bezwstydzik (tak nazywałam młodego Szczawia) pożądliwie potrząsał szczawikiem, a jego żonka migdaliła się do niego nie mniej napalona. On lubieżnie przekrwionymi wargami wysysał z jej rozlewających się piersi mlekiem nabrzmiałe sprośności, do ostatniej kropelki. Ona – rozpustnica – nie wzbraniała się, rozochocona dawała mu, co on chciał. Aż dochodząc… do końca nieromantycznej historyjki rzecz jasna, ta mało estetyczna paniusia na moich oczach z zalotnicy podnieconej i tłustawej (ale nie za bardzo) przemieniła się w przekwitającą i do tego koślawą sekutnicę, a on – w więdnącego, cynicznie kwaskowatego lubieżnika. Ot i cały związek wapnia z kwasem szczawiowym. I o co tu się było tak kłócić?

Och, gdybyż to moja mama wiedziała, do jakich rozwiązłych fantazji popycha mnie jej czcza, jak nieraz mówił ojciec, gadanina! Ale…, ale…, przyhamujmy nieco frywolne myśli i nie wystawiajmy na próbę wszędobylskiej pruderii, bo może się to źle skończyć! Wróćmy do naszej opowieści! Otóż poza tą – przydającą pikanterii zupie z dziadkowego stołu – obsceniczną wizją rozerotyzowanej ale krytycznej nastolatki, jaką byłam, pojawiło się przeczucie, które można spokojnie nazwać wiedzą, że i tak nic nie przebije szczawiowej z ogonkami dziadka Walusia.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz