Zamieszkać w obrazie

Ten wpis był dotąd czytany 2406 razy!

Do Le Marais jeździłam zwykle 8. linią metra. Prawie nikt nie wiedział, że często odwiedzałam tę dzielnicę, ponieważ w Paryżu najbardziej interesował mnie znajdujący się tam zatopiony w zieleni budynek, jeszcze z czasów Ludwika XIV. Dla mnie jedyny w swoim rodzaju. Emanował szczególnym rodzajem barwnej dziecięcej radości, ale zarazem jakimś niewytłumaczalnym monumentalizmem i powagą. Wyzwalał zachwyt, a powodem tych moich uczuć były dzieła sztuki wypełniające wszystkie pomieszczenia – od piwnicy po samo poddasze. Filozofia życia ich twórcy do tego stopnia mnie ekscytowała, że w tamtym okresie byłam skłonna się z nią identyfikować.

Nie było dla mnie ważne, że budowla w swoim kilkuwiekowym żywocie miała okazję pełnić różne atrakcyjne funkcje: od hotelu i ambasady, aż po szkołę i muzeum. I nie to mnie do niej przyciągało, że znana jako „Hôtel Salé”, swoją słoną nazwę zawdzięczała profesji fundatora, Pierre Auberta, poborcy podatkowego, któremu udało się dorobić fortuny na podatku pobieranym od soli. Nawiasem mówiąc, w głowie się nie mieści, jakimi metodami i na czym ludzie potrafią się wzbogacić! Chciwość i wyzysk to wielki problem, nad którym trzeba się pochylić, głębiej zastanowić w kontekście tego, po co się w ogóle żyje. Ale w tamtym czasie nie wzruszał mnie ani znienawidzony we Francji podatek od soli, ani żadne inne problemy społeczne czy moralne, ani tym bardziej plotki i ploteczki towarzyskie. Nie interesowała mnie też kwestia mecenatu i nawet nie przychodziło mi do głowy, że „Hôtel Salé” cieszy dziś odwiedzających dzięki hojności zdziercy podatkowego. Krótko mówiąc, szczelnie się zamknęłam na wypadek ataku podobnych problemów. Kiedy pewnego razu w gronie twardo stąpających po Ziemi znajomych toczyła się rozmowa na temat sytuacji ekonomicznej Francji, z nieskrywaną satysfakcją obróciłam problem podatków w żart:

– Niech Francuzi wyleją nawet morze łez nad słoną zapłatą, jaką przyszło im uiszczać! Niech stanie się ona solą w ich oku, a kiedy będą się zżymać na podatników, pozwolę im się nawet zamienić w słup soli!

Chyba wystarczająco wyraźnie dałam do zrozumienia, że zniechęca mnie ta jałowa dysputa, bo mało interesująca rozmowa po chwili utknęła w martwym punkcie i – ku mojemu zadowoleniu – wygasła.

W tamtym czasie nawet detale architektoniczne malowniczych paryskich zaułków nie były w stanie zahipnotyzować mnie swym wyrafinowanym pięknem. Często frywolnym, ale temu akurat w Mieście Miłości nie należy się dziwić. Głowę zaprzątały mi pryncypia – sprawy „wielkiej wagi”, jak lubiłam o nich nie bez chełpliwości mówić. Dystansowałam się do problemów przyziemnych, egzystencjalnych. Zresztą, nie potrafiłabym chyba skupić uwagi na rzeczach innych, niż miłość. To ona wydawała mi się najważniejsza i jedynie godna gruntownych studiów. Wtedy jeszcze nie przyjmowałam do wiadomości, że moralność i w ogóle sposób myślenia o niej jest integralną częścią tego, czego w rzeczywistości całym sercem pragnę i poszukuję, mianowicie: sztuki mojego życia. I dlatego właśnie w każdej wolnej chwili po prostu jechałam do Le Marais, gdzie spodziewałam się ją znaleźć. Przeważnie wsiadałam do metra na stacji Saint-Sébastien – Froissart. Ale bywało, że los rzucał mnie na boulevard Beaumarchais albo w okolice rue Saint-Claude. Wtedy jechałam krócej. Już na miejscu, w samym sercu urokliwego zakątka na rue de Thorigny, spotykałam się z duchem samego Pabla Picassa i z jego kozą i wsłuchiwałam w ich głosy.

Na zwierciadlanych ścianach, nieopodal wejścia do Muzeum Picassa, pozostawiałam na mgnienia chwil ulotne swe odbicie. A ono, wtórując moim krokom, przesuwało się bezszelestnie, aż w końcu znikało, jak z kliszy – prześwietlonej, choć ja nadal byłam żywa. Zwykle też, przechodząc obok gładkiej tafli, ukradkiem lustrowałam siebie w oprawie jednej z czterech pór roku, to opatulona śniegowym puchem albo na tle tulipanowego kobierca, to znów w radosnej krainie herbacianych róż, a innym razem w strugach jesiennego zapłakania.

A potem? – Przestępowałam nabożnie próg świątyni sztuki – namiętnej, gorącej, do bólu szczerej i… nie tylko kubistycznej. I przesiadywałam po trosze w atelier, w salonie czy łazience Picassa. Czułam się jednak trochę tak, jakbym naruszała jego privé. Moim marzeniem było przecież pomieszkiwanie nie w domu, a w obrazach Mistrza! A właściwie to chyba te obrazy były prawdziwym jego domem! Mawiał, że wszystko jest możliwe, i już w samych tych słowach ujawniał się temperament Hiszpana krewkiego, zachłystującego się życiem i mocno w nim zakorzenionego.

– Zatem – myślałam nieraz głośno – należy przyjąć, że i to pomieszkiwanie w obrazach również jest możliwe! A żyć w Paryżu i przegapić taką okazję byłoby grzechem niewybaczalnym!

Nie mogłam dopuścić do zaniedbania duszy, wciąż łaknącej doznań piękna, tęskniącej do ekstazy. Więc cóż? Przekraczałam wszelkie bariery i konwenanse, rozkładałam się wygodnie gdziekolwiek i przenosiłam do świata ognistej wyobraźni artysty. Syciłam się soczystymi szaradami barw porozkładanych na dużych i małych płótnach, a w chwilach nostalgii zanurzałam w błękitach obrazów i niebieściłam się w nich, a poza tym – o niczym więcej nie chciałam słyszeć.

Mówiąc na marginesie, stale podróżujący paryskim metrem linii nr 8. mogli mnie już pamiętać – i niekoniecznie dlatego, że stawałam się z dnia na dzień coraz bardziej niebieska! Tymczasem ja – zwykle zamyślona, jakby nieobecna – nikogo, rzecz jasna, nie rozpoznawałam. I to właśnie było wielką zaletą moich wędrówek na rue de Thorigny.

* * *

Chociaż w tamtych czasach żyłam we własnym świecie marzeń, to jednak zwróciłam uwagę na pewnego mężczyznę, który równie często pojawiał się w „Słonym Hotelu”. Choć z nim nigdy nie rozmawiałam, byłam święcie przekonana, że piastuje funkcję krytyka sztuki.

– Zawsze w roboczym uniformie! – Moja dusza krzyczała, kiedy z tłumu zwiedzających wyłaniał się szary garniturek, niebieska koszula i krawat w paski, bez zarzutu co prawda, ale i bez wdzięku.

Pan krytyk aparycją i… sposobem bycia zupełnie nie pasował do bajki, pędzlem i dłutem opowiadanej przez Picassa. Stawał przed jakimś obrazem i dumał, kiwając głową – ze zrozumieniem, jak by się mogło wydawać. A na jego twarzy malował się grymas ukontentowania albo niezadowolenia… Obserwując mimikę i gesty, byłam podenerwowana jego bezceremonialnym zadufaniem (bynajmniej, nie nawiedzonym, lecz raczej… odnosiłam wrażenie – wyuczonym), ale przede wszystkim tym, że swoją obecnością rozpraszał mnie. Dawałam upust złości:

– Beznamiętne bezguście! Kiczowate beztalencie!

Wyobrażałam sobie, jak krytyk stojący przed obrazem bezcześci dzieło. Jak ubiera w słowa wątpliwości i sądy, porównuje i degustuje smaczki, powoli przeżuwając każdy kęs informacji. Podejrzewałam, że przed jego wnikliwym spojrzeniem nie ukryje się żaden szczegół, że nie istnieje dla niego żadne tabu ani zamknięta przestrzeń, żadna intymność ani świętość. Wokół dokumenty, książki, słowniki, pamiątki… Nie raz widziałam na jego twarzy niedopowiedziany półuśmiech znawcy spoglądającego na obraz z przymrużonym okiem i bez emocji, jakby obiektywnie, „z góry”, ale mydlanie. W takich chwilach podejrzewałam go o najgorsze:

– Chełpi się, jest nieugięty, o twardym kamiennym sercu!

A kiedy miałam gorszy dzień, obrzucałam go w duchu obelgami:

– To destruktor! Nekrofil!

Biedny człeczyna prawdopodobnie z nekrofilią nie miał nic wspólnego, ale ja byłam przekonana, że zasłużył na ubliżanie już z racji samej profesji. Znajomy historyk sztuki lakonicznie kiedyś skomentował moje rozterki:

– Taki to już los oceniającego, niewdzięczny zawód!

– Czy to wystarczy, żeby usprawiedliwić beznamiętność? – Zaoponowałam porywczo.

Nie doczekawszy się jednak odpowiedzi, zrezygnowałam z dyskusji na ten temat, zresztą niepotrzebnej, bo szukałam tylko zaczepki, a przecież, co wiadomo, i tak uznawałam tylko swoją rację. Oczyma wyobraźni widziałam, jak krytyk wyjmuje z przepaścistej kieszeni marynarki arsenał narzędzi służących do tego, żeby zdystansować się do badanego obiektu (wsłuchajmy się w nieczułe i surowe brzmienie słów: „obiekt” i „badać”!). Słyszałam w swoim duchu, jak pyta o technikę i styl malowania, o kulturę i epokę, fazę w cyklu przemian mierzonych wielokrotnością indyktów, o wpływ historii, przemian społecznych i życia osobistego… I dopiero na końcu – o doznania estetyczne, jakich możemy się spodziewać, gdy będziemy oglądać dzieło. Wiedziałam też, że pozwala sobie na quasi-psychologiczne i mało taktowne dywagacje, które ostatecznie sprowadzić można do plotek w stylu:

– Czy jest ów malarz narcyzem oczekującym na uwielbienie dla jego talentu, czy też raczej wizjonerem, rewolucjonistą, a może prorokiem przekraczającym granice aktualnej rzeczywistości?

Krytyk sztuki skupia uwagę na kawałku płótna, kartki papieru czy innego materiału. Powiem złośliwie: lustruje go centymetr po centymetrze, określa datę powstania, kręci głową nad pociągnięciami pędzla…  i na koniec osądza. Czy w tak dokonywanej analizie nie mamy do czynienia z powierzchniową opinią pospolitego pragmatyka, cynika niewrażliwego, wyzbytego wyobraźni? To tak, jakby nie skosztować jabłka, lecz na podstawie wyglądu jego skórki krzywił się kwaśno! Niewątpliwie, trudno kłócić się z twierdzeniem, że opinia krytyka jest cenną informacją rzeczoznawcy, ale istotną dla historyka sztuki, marchanda, aukcjonera, czy nawet dla konesera. Mnie jednak taka wiedza nie przekonywała ani nie imponowała. Więcej – z mojego punktu była całkowicie bezużyteczna, a może nawet szkodliwa. Sądziłam, że lepiej już chyba zająć się wpływem krytycznej oceny na samo dzieło, na jego wewnętrzną strukturę i żywotność. Naiwnością byłoby twierdzić, że opinia jest neutralna. Kształtuje przecież postawy ludzkie! Dla przestrzeni obrazu jest specyficznym środowiskiem – jest jego przedsionkiem, albo lepiej: bramą – zamkniętą bądź otwartą. Do opinii często odwołują się ludzie, gdy chcą popatrzeć na obraz. Czy ta wiedza pomaga im, czy przeszkadza w przeżywaniu?

Przygnębiało mnie bardzo, że w naszym świecie jesteśmy rozmiłowani w cytowaniu cudzych poglądów. Ogromną trudność sprawia nam bezpośrednie poznawanie. Świadomie i z premedytacją, z wyrachowania, rezygnujemy z intymności poznania. Żyjemy jakby „z drugiej ręki”. Tylko mówimy, że widzimy rzeźbę, drzewo albo kwiat. W rzeczywistości jesteśmy leniwi i drętwi. I nie chcemy się zaangażować w życie. Interesujemy się wyłącznie obrazami stwarzanymi przez słowa, prześlizgujemy się po powierzchni rzeczy samej. A przecież, jeśli dobrze rozumiem, w prawdziwym poznaniu chodzi o to, żeby oglądać całą swą istotą. Żeby rozumieć stworzony przez artystę świat i umieć wczuć się w pobudki, dzięki którym chwycił on za pędzel. Żeby stać się ręką przez aniołów marzeń prowadzoną po płótnie. Wejść miękko w przestrzeń dzieła i wtopić w jego nastrój. Żeby zamieszkać w obrazie!

Artysta zamyka w dziele emocje, uczucia, nastroje. Posługuje się swoistym medium, splotem wibrujących nośników – światło-cieniami, tęczą barw, lustrzanymi odbiciami, laserunkiem, fakturą… Czyż nie jest obrazoburcze oglądanie przez szkiełko analityka tego intymnego świata wyobraźni? Przecież obraz jest oknem otwartym na wewnętrzność! Obraz może zupełnie odmienić życie, ale pod warunkiem, że człowiek przekroczy granicę pospolitej, komercyjnej i szmirowatej egzystencji. Pod warunkiem, że pokona w sobie cynicznego krytyka.

***

Siedzę w „Słonym Hotelu” przed portretem dziewczyny. Dlaczego zatrzymałam się przy tym obrazie? Być może emanują z niego emocje, które dzisiaj należą także do mnie? Są ulotne, nieuchwytne, ale prawdziwie bolą tęsknotą i przez to doznanie, niejasne, przenoszą mnie do świata dziewczyny z obrazu. Z łatwością przenikam przez plamę rozlanej czerwieni, jak przez bramę domu, w którym – mgliście to sobie przypominam – już kiedyś mieszkałam. Wspomnienie przywodzi na myśl niewielką przestrzeń mansardy – przytuliska miłości, schronienia dla czułych pieszczot z „Randez-vous” Picassa. Muśnięcia subtelnych matowych tonów obnażają konflikt zamkniętych w jednej osobie dwu natur. Temperament popędliwego i porywczego mężczyzny, z krwi i kości Hiszpana, w tej sytuacji delikatnieje. Obraz przywodzi na myśl wspomnienie uniesień i najbardziej intymne westchnienia. Mimo półcienia błękitów, w pokoju jest przytulnie – ciepłe miłosne odczucie odzianej w czerwoną spódnicę kobiety, zamknniętej w ramionach postawnego i czułego mężczyzny. Są tak ze sobą zespoleni, że właściwie stanowią jeden organizm. Delikatność kobiecej zalotności i siła męskiej niewinności. Uduchowiona zmysłowość.

– Ale nie jak w obrazach Marca Chagalla! – Bez wyraźnego powodu moja wytrącona z przeżywania myśl nagle powędrowała do innej filozofii malowania i życia: do świata doznań pierworodnego dziecka chasydzkich Żydów spod Witebska, gdzie kochankowie podróżują w chmurach, ulotni choć widzialni, uduchowieni chociaż cieleśni.

Nawet mnie ten nagły zwrot mojej myśli szczególnie nie zdziwił. I Chagall przecież malował miłość – ze swoimi splecionymi w uściskach, lewitującymi postaciami w stylu magicznego realizmu. Jonathan Wilson, biograf Chagalla, ma rację: przebywający na obczyźnie i z dala od narzeczonej, rosyjski Żyd wchodzi tylnymi drzwiami do współczesnego świata sztuki, wprowadza do niej stygmaty ginącej kultury jidysz, owiane tajemniczością, naznaczone kabałą, jednoczy gnębiący go seksualny niepokój z religijnością. Ten żydowski dziwak z niewieścią duszą, obsesyjnie tęskniący… do ukochanej, obnaża w swych obrazach wewnętrzną przemianę, jakiej doznał w paryskiej samotni. Tymczasem malarstwo krewkiego Hiszpana jest dosadne – kipi gorącą zmysłowością ateisty rozkochanego w życiu i rozkoszującego się namiętnościami.

Chagall o miodowej sielance z Bellą pisał dość dziwacznie, jak na czasy jemu współczesne, oczywiście. Świnka w oborze. Koń za oknem, w polu. Liliowe niebo. I samotność. I utrwalił te wrażenia na płótnie, w Leżącym poecie. Pod przymkniętymi powiekami widziałam, a właściwie bardziej czułam, jak tytułowy bohater obrazu, zdjąwszy kapelusz, leniwie wyciąga się na trawie, krzyżując ręce na piersi. Urzeka błogi spokój idylli, ale niepokoi, że miodowy miesiąc mężczyzna spędza samotnie. Pod zamalowaną kobiecą postacią wyczuwa się ledwie cień jej obecności. To dobrze, bo przynajmniej ten cień wlewa do serca nadzieję. Wprawdzie na drugim planie koń i świnia wyraźnie mają się ku sobie, lecz cóż z tego, jeśli dręczy widoczna na ich pyskach bojaźń i przywodzi na myśl zawstydzenie kochanków. Trudno było mi się pozbyć odczucia, że artysta w wizerunkach zwierząt wyraził osobisty lęk przed miłością fizyczną?

Odsunę jednak na bok dywagacje na temat psychiczno-seksualnych dyspozycji samego Chagalla. Wiwisekcja o podobnej proweniencji musi mieć w sobie coś z plotki, a może i z perwersji. Jest nachalna i okrutna. Wyrastając z niezdrowych zainteresowań, sprzyja poszukiwaniu sensacji. I niestosownie łamie granice intymności. Jest nieproszona. Zawsze! Chyba, że mamy do czynienia z masochizmem psychicznym. Miłość Chagalla różni się wyraźnie od miłości Picassa, to wiem dobrze. Lecz, czy dla przeżywania emocji ukrytych w obrazach mogą mieć znaczenie doświadczenia miłosne artystów? Dla nich samych, oczywiście, motywy tworzenia nie były obojętne. Popędy, zahamowania, przekonania… to przecież impulsy wyzwalające olbrzymi ładunek emocjonalny, który kumuluje się w dziełach. I może eksplodować!

Biograf Chagalla w dość uszczypliwym porównaniu „byka z corridy” przeciwstawił „krowie ze sztetlu”. Czy faktycznie, jak twierdził, stosunkowo późne spotkanie Pabla Picassa i Marca Chagalla wyszło tylko na dobre chodzącemu własnymi ścieżkami, niedojrzałemu jeszcze żydowskiemu artyście? Podobno władcza osobowość Picassa – kobieciarza, machismo iberyjskiego pochodzenia z wielkim sercem i takim też poczuciem osobistej wartości – czyniła z niego niebezpiecznego przyjaciela i… rywala. Myślę jednak, że Chagall po prostu tego potrzebował. Mówi się nawet, że miał obsesję na punkcie Picassa. Ale nie można wykluczyć, że Picasso zazdrościł swojemu koledze magicznej siły i niewieściej delikatności. Powiadał, że w głowie Chagalla mieszka anioł. Tymczasem żydowski malarz miewał natrętne myśli o swym nieżydowskim przyjacielu, choćby w obrazie Myśląc o Picassie czy Chagall zmęczony Picassem wylał uczucia tej wyjątkowej więzi, utrzymującej obu panów w konstelacji gwiazd spod znaku miłości – choć miłości rozmaicie rozumianej. To by było ekscytujące, zobaczyć jak Picasso z Chagallem nawzajem pomieszkują w swoich własnych obrazach!

* * *

Zrobiło się późno. Dzień zszedł mi właściwie na niczym… na rozmyślaniach, ale co tam. Może coś się urodzi z tych myśli? Ważne, że pobudził moją wyobraźnię gorącokrwisty ateista, którym zmęczył się nieco jego uduchowiony przyjaciel. Do kawiarni hotelowej zaglądnął już złoty rogalik Księżyca i skryć się nawet zdążył za chmurami. Szmaragd ciepłej nocy tegorocznego lata spłynął do ogrodu tajemnic. Tylko zarys ukochanej kozy Picassa – Esmeraldy wyraźnie odcinał się od muru, rozświetlonego już o tej wieczorowej porze lampami. Przywodził na myśl plac zabaw. Na nim rzeźby nie były martwymi przedmiotami, do których przyczepić się mógł byle krytyk. Były przyjaciółmi i uczestnikami gier i dziecięcych przygód.

Popijając małymi łykami „czarnego kota”, nagle zapragnęłam napisać coś dla obu panów – kochających, ale różną namiętnością. Wyjęłam notes i pióro. Na kartkę spłynęły z zielonym atramentem pierwsze słowa:

„Przez uchylone okno wietrzyk delikatnie powiewał wzorzystą firanką. Manuela przytuliła głowę do poduszki, ale nie mogła zasnąć. Była chora z miłości…”.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz