Gwałt się gwałtem odciska… a bezpieczeństwo wciąż niepewne

Ten wpis był dotąd czytany 2288 razy!

W ostatnim czasie „sprawa Mariusza T.” nabrała takiego rozgłosu i rozpędu, że przywoływanie związanych z nią faktów nie ma chyba większego sensu. Wiemy wszystko o popełnionych przez niego zbrodniach, a media na bieżąco informują o przebiegu „jego sprawy”. Emocje sięgnęły zenitu! Pytanie, czy można ze spokojem przyjąć do społeczności mordercę i pedofila – pytanie dyktowane przez oburzenie i lęk – w skrajnej postaci przerodziło się w nawoływanie do zabójstwa Mariusza T.

O młodym Mariuszu T. czytamy, że był spokojnym chłopcem i szkolnym prymusem.

Problemy z nim zaczęły się później. Nie akceptował swojej seksualności, nie udawały mu się żadne związki, nie skończył studiów, miał próbę samobójczą. Najstraszniejszych zbrodni dokonał na przepustce z więzienia, w którym odsiadywał wyrok za molestowanie nieletnich… (http://wyborcza.pl/12,82983,15306306,Powrot_czlowieka_zwanego_Szatanem__Sprawa_Mariusza.html#ixzz2t2uSLf4F; data odczytu: 11.02.2014).

Czy ta charakterystyka nie nasuwa pytań o wiele głębszych, aniżeli rozstrzygnięcie, jak powinno przebiegać leczenie i czy w ogóle można uznać Mariusza T. za osobę patologiczną z zaburzeniami psychicznymi; czy i jak powinien dalej żyć? Mariusz T. stanowić może dziś bezpośrednie zagrożenie, dlatego koncentrujemy się na jego osobie, powodowani lękiem angażujemy emocje. Czy jednak, zanim odpowiemy na pytania związane z tą konkretną sytuacją, nie powinniśmy się zastanowić nad przyczynami zbrodni popełnianych na tle seksualnym, nad korzeniem tego zła?! „Mariuszów T.” mamy więcej, nie jest on w naszym społeczeństwie jedyny. Nawet jeśli uda nam się znaleźć optymalne rozwiązanie problemów, jakie nastręcza ta konkretna osoba, to i tak nie pozbędziemy się poczucia, że nie można się zabezpieczyć przed zwyrodnialstwem, gwałtem, zbrodnią. Do tego wniosku przywodzi choćby wielość opinii na temat sprawy Mariusza T. Ta sytuacja kusi wzięciem spraw w swoje ręce – oko za oko, gwałt gwałtem…! Zapominamy o podstawowym psychologicznym prawidle: agresja wyzwala agresję. Nie zauważamy nawet, w którym momencie nasze reakcje przestają się różnić od postawy oprawcy.

Czy dążenie do bezpieczeństwa w stosunkach z ludźmi nie rodzi smutku, lęku niepewności? – Formułując to pytanie, pozwoliłam sobie na parafrazę myśli nieżyjącego już hinduskiego mędrca, Jiddu Krishnamurtiego. Skoro jednak tak bardzo pragniemy poczucia bezpieczeństwa i wzajemnej miłości, to czy nie powinniśmy się zastanowić nad przyczynami obecności w nas – ludziach przemocy, gwałtu, nienawiści?

Współcześnie została już skrytykowana i zanegowana teoria prowadząca do podziału ludzi na „kainitów” i „ablonitów”, zgodnie z którą zwyrodnialstwo stanowi obciążenie genetyczne. W miejsce tej koncepcji pojawiły się inne, humanizujące wizje natury człowieka. Przypomnę choćby teorię Ericha Fromma, który był przekonany, że człowiek w każdym momencie życia podejmuje ważne moralne decyzje: raz jest bardziej nekrofilem, innym znów razem przyjmuje postawę biofilną (pisałam na ten temat szerzej w artykule: Czy stać nas na życzliwość…?).

Ani radykalna ocena natury człowieka, ani też bardziej rozmyta i usprawiedliwiająca w jakimś stopniu zło, nie rozwiązują podstawowego problemu. Nie odpowiadają one na pytanie, w jaki sposób wydobyć się z pułapki tkwiącego w nas zła, w którą popadamy. Tymczasem istnieje przypuszczenie, że „miłość może stanowić ostateczne rozwiązanie wszystkich ludzkich trudności, problemów i wysiłków” (J. Krishnamurti, Wolność od znanego, 1994)

Udostępnij to:

Dodaj komentarz