Do zobaczenia po tamtej stronie haiku. Pamięci Feliksa Szuty

Ten wpis był dotąd czytany 6534 razy!


Umarli żywym otwierają oczy 

[Lion Feuchtwagner]

W minionym roku, przed samymi Świętami Bożego Narodzenia, zmarł Feliks Chrzanowski (pseudonim: Szuta) –  haijin, założyciel i nieformalny przywódca poetyckiego Ruchu Pilleus, zaistniałego na Dolnym Śląsku w roku 1977.

Wrażenie pustki, wyjałowienia, niedosytu szczególnie znakowały kulturę Zachodu ubiegłego stulecia. Poszukiwania nowych wartości, dających poczucie pełni i spokoju wewnętrznego, eksplodowały w ruchach religijnych, także artystycznych, odwołujących się do daleko-wschodniego mistycyzmu, filozofii i twórczości artystycznej. Podziały społeczne, rasowe, religijne, ekonomiczne, w stosunku do niespełnienia psychicznego, nie miały już tak wielkiego znaczenia. I oto we współczesnym świecie, który jako global willage daje schronienie, infiltracje kulturowe stają się normą i autentyczną szeroką perspektywą dla odnowionego postrzegania rzeczywistości.

Tak więc nie przypadkiem literackie formy wyprowadzane z fascynacji japońską kulturą stały się obiektem zainteresowań Feliksa Szuty, a pytania o innowacyjność w poezji, o to, jak jest możliwa inspiracja haiku, kulturą Japonii i w ogóle myślą Wschodu całkowicie opanowały jego myśl. Tak sformułowane problemy tym bardziej zyskały na wartości, że pomimo przeszło 100-letniej historii polskiego haiku nie wypracowano jego kanonu. Przy okazji przypomnę, że haiku jest poezją obwarowaną szeregiem formalnych reguł. Oprócz wzoru sylabicznego 5+7+5, w wierszu używa się czasu teraźniejszego by zapisać wrażenia chwili, wskazuje się w nim na porę roku, w której utwór jest komponowany. Pierwszy obraz poetycki zamykany jest pęknięciem (kireji). W haiku niedopuszczalne jest też stosowanie przymiotników, porównań, metafor, nie tytułuje się też wierszy. Haiku zatem to forma niedomówienia, wymuszająca i zapraszająca do „domalowania” obrazu. Zauważamy więc, że w tej twórczości istotną rolę odgrywa czytająca osoba.

Mirosław Jerzy Gontarski (współzałożyciel Ruchu Pilleus, poeta i filozof) przypomina:

Prawdziwe haiku jest niczym wrzucony do sadzawki umysłu kamień – kolejnymi falami przywołuje z zakamarków pamięci skojarzenia, ale nie chodzi o wprowadzenie siebie w stan euforii, czy też o podziw dla poetyckiego kunsztu, lecz o «wieczną geniuszy rozmowę».

Pilleusowcy z całą pewnością stanowiliby grupę frustratów z kompleksem prowincji europejskiej, gdyby ich działania skoncentrowały się na poszukiwaniu splendoru oraz pustych form-atrap, do złudzenia przypominających wiersze japońskie [O niektórych problemach autentycznej recepcji myśli wschodniej na Zachodzie. Na przykładzie japońskich inspiracji w ruchu literackim Pilleus pisze Mirosław J. Gontarski w książce Purusza, atman, tao, sin… Wokół problematyki podmiotu w tradycjach filozoficznych Wschodu (Łódź 2011)].

Jednak punktem wyjścia Ruchu Pilleus był sprzeciw wobec braku w polskiej poezji autentycznej innowacyjności. Stworzenie „poezji nowej” wymagało zarzucenia zachodnioeuropejskich wzorców, a nawet przekroczenia osobistych doświadczeń poetyckich inspirowanych japońskim pisarstwem.

Szuta mówił, że trzeba

wyznaczyć obszar tolerancji dla stworzenia polskiego haiku tak, by nie było ono wyłącznie imitacją japońskiego modelu.

Taka zaś twórczość może się dokonywać wyłącznie w zmaganiu z samym sobą, w odrzuceniu tego, co stare i martwe.

Pochylić się zatem należy nad śmiercią samą, bowiem nie umarłszy nie można się odrodzić… Tymczasem w świecie konsumerycznie ukierunkowanym to raczej niemodny temat i w jakimś sensie zwulgaryzowany – dotyka li tylko i wyłącznie rozpadu ciała. Oto ludzie wojują ze sobą i zawierają pokój, prowadzą dialog lub kłócą się, kochają, nienawidzą, z zachłannością konsumują… Gdy pojawia się ból, cierpienie, choroba, śmierć – ogarnia lęk przed nieznanym, chaotycznie klecone myśli czepiają się ostatnich możliwości przetrwania, choćby miała to być tylko wegetacja.

Ale czas i przestrzeń formują ograniczenia, które na zawsze odcinają od tego, co „tu i teraz”, przenoszą do jakiegoś nierozpoznanego „tam”. Śmierć ustawia wszystkich na wspólnej płaszczyźnie, to jedyne doświadczenie, w którym rozsypują się w pył bariery i maski, znikają bogactwa. Jeszcze tak niedawno w książce Szkice z filozofii sztuki (Wrocław, 2007) pisałam o śmierci Karola Wojtyły, o dramacie wynikającym z konieczności umierania w obecności wielu świadków:

miał siłę i odwagę, by umierać publicznie. Pogodził się z obecnością mediów, tłumnie zgromadzonych obserwatorów, przyjaciół i wrogów. Przyjął na siebie misję wypowiedzenia ostatnich słów do wiernych.

Oto śmierć w całkowitym zapomnieniu siebie. Znam też inne śmierci, kiedy o umierającym zapominają inni. Ale czy umieranie w odosobnieniu, poza zgiełkiem życia, zawsze jest powiązane ze smutkiem osamotnienia i rozpaczy?

Znam Feliksa Szutę od wielu lat. Cichy i skupiony. Zawsze uważnie słuchający. Żywy w dyskusjach, krytyczny. Poszukujący faktów, trafnych sformułowań, istotnych treści. Do bólu uczciwy. Nieinteresowny. Częściowy paraliż dłoni uniemożliwił mu pracę zarobkową. Żył – zdawać by się mogło – powietrzem i pielęgnowaną ideą. Jak lilie albo ptaki niebieskie… Kiedy myślę o nim, pobrzmiewają w mojej głowie słowa Ewangelisty Łukasza:

Nie troszczcie się o życie swoje, co będziecie jedli, ani o ciało swoje, czym się przyodziewać będziecie. Życie bowiem jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie. Spójrzcie na kruki, że nie sieją ani żną, nie mają spichlerza ani składnicy, a jednak Bóg żywi je: o ileż więcej wy jesteście warci niż ptaki! (…) Spójrzcie na lilie – ani nie przędą, ani nie tkają, a powiadam wam: nawet Salomon w całym bogactwie nie był tak przyodziany, jak jedna z nich.

Feliks żył poza hałasem, zagonieniem, łapczywością w zdobywaniu dóbr i zaszczytów. Żył z dnia na dzień, jak sobie można wyobrażać – w skrajnej nędzy, ale czy był nędzarzem? Przyjmował dary z pokorą, z jeszcze większą – dzielił się wiedzą i doświadczeniem pisarskim. Zupełnie niepasujący do współczesnej utylitarystycznie uformowanej rzeczywistości: ze współzawodnictwem, konsumpcjonizmem, filozofią sukcesu oraz emocjami będącymi ich skutkiem. Nieumiejący odnaleźć się w wielu sytuacjach nowoczesnego społeczeństwa, ale z drugiej strony – korzystający z dobrodziejstw wynikających z postępu cywilizacyjnego. Poeta! Dla wielu: „szaleniec”, „nieprzystosowany”!

Jestem przekonana, że dopiero dzięki wizjom wykraczającym poza ramy swojego czasu możemy dokonywać odkryć i twórczych przekształceń. Niestety przez ortodoksów są one postrzegane jako obsceniczne, gwałcące usankcjonowany społecznie porządek. Dlatego z pewną satysfakcją podkreślę, że – mimo „dziwactw” – Feliks Szuta odniósł w swoim życiu i twórczości „sukces”. To oczywisty slogan, ale jest prawdopodobne, że dokona cudu, że umysły rozleniwione i skostniałe, zamknięte w marazmie i stagnacji przekona do ekscentryków i ich dzieł, że pobudzi do twórczego działania i odrodzenia.

Zatem Feliksie, do zobaczenia po drugiej stronie haiku…

 

Feliks Szuta

* * *
nagle cisza
słucham dalej by przedłużyć życie
kukułeczka

 

(Feliks Chrzanowski-Szuta, haiku)

 

Udostępnij to:

5 thoughts on “Do zobaczenia po tamtej stronie haiku. Pamięci Feliksa Szuty

  • 28 stycznia 2014 o 02:58
    Permalink

    Feliksa znałem od końca lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to spotkaliśmy się w redakcji tygodnika „Konkrety” w Legnicy. Rysiek Adamów zapraszał na cotygodniowe spotkania, na których czytaliśmy swoje wiersze i dyskutowaliśmy o poezji. Bywali tam prócz nas m.in.: śp. Włodek Kalski, Andreas Karajorgis, Grażyna Maziuk, Elżbieta Makowska, Janusz Kamiński-Serediuk…
    Rysiek Adamów (wraz z Cześkiem Pańczukiem) niektóre z tych wierszy drukowali – to były nasze debiuty…
    Tymczasem Feliks zaraził mnie swoją miłością do kultury japońskiej i do haiku. Założyliśmy Pilleus i rozpoczęliśmy wielką pracę nad dopracowaniem swoich poetyckich planów.
    Znajomość naszą nie przerwał mój kilkunastoletni pobyt w Lublinie, gdzie studiowałem filozofię a potem pracowałem jako dziennikarz i redaktor.
    Pod koniec ubiegłego wieku Feliks bardzo poważnie „wziął się do pilleusowej roboty”. Zorganizował (także przy mojej pomocy) kilka edycji Warsztatów Haiku w Chojnowie.
    Chojnów bardzo nam pomagał w realizacji tych przedsięwzięć. Dziękowaliśmy też za przychylność Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Legnicy, którą mądrze prowadziła p. dyr. Masojć.
    Dzięki temu do Chojnowa przyjeżdżali z wykładami prof. Wiesław Kotański, prof. Mikołaj Melanowicz, Agnieszka Żuławska-Umeda, śp. Ewa Tomaszewska, dr Bogusław Bednarek, Jarosław Michalak…
    Organizując Ogólnopolskie Konkursy Haiku spotkaliśmy wielu pasjonatów haiku, którzy jak Zbyszek Mysłowiecki zostali naszymi przyjaciółmi „na dobre i na złe”. Pilleus doczekał się internetowej strony. Pisałem o Pilleusie eseje filozoficzne, referowałem o naszych pomysłach na konferencjach naukowych…
    Nie udało się zawiązać Polskiego Stowarzyszenia Haiku…
    A teraz Feliksa nie ma.
    Nie wierzę w to. Jeszcze nie wierzę…

  • 29 stycznia 2014 o 17:33
    Permalink

    To nie tak miało być. Nie tak, Feliksie? Wierszem Cię żegnam

    Poranek podnosi się z kolan
    dzieli ścieżki krzyżem rozparte
    – skrzydła

    nie wszystkie ptaki przybiją do brzegu
    a ślimak – boska zagadka wydepcze drogę
    do gdzieś

    w tej kruchej prawidłowości
    nie ma miejsca na zbędne kroki

  • 23 lutego 2014 o 21:07
    Permalink

    Feliks był człowiekiem, który chętnie i bezinteresownie pomagał ludziom – udzielał swojej wiedzy. Bez zazdrości, zawiści, oczekiwania na rewanż… To rzadkie zjawisko w naszych skomercjalizowanych czasach, kiedy wszystko praktycznie można kupić. Czekałam i czekałam na to, że ludzie związani z Feliksem, czerpiący z jego mądrości, szczerości, otwartości, w podziękowaniu oddadzą mu chociaż po śmierci hołd. To smutne, że tylko najbliżsi odezwali się… W każdym razie bardzo dziękuję Mirkowi i Grażce…

  • 23 lutego 2014 o 21:47
    Permalink

    NENIA NA ŚMIERĆ FELIKSA

    Zadzwonił
    do mnie o drugiej w nocy
    powiedział FELEK nie żyje –
    to dlatego ostatnio nie odbierał telefonów
    a myślałem że się tylko obraził – pomyślałem
    wyszedłem zapalić na balkon mróz ścisnął
    lecz mnie było gorąco nie czułem jak pęka czas
    a miasto bielało w oddali jak wielka blizna snu

    Zadzwonił do mnie Mirek Gontarski
    o drugiej w nocy – łamał mu się głos
    nie wierzę że GO już nie ma – powiedział
    w telefonie wciąż mam numery do NIEGO –
    tylko nie mam odwagi zadzwonić – boję się
    że nie odbierze

    Nie umiałem pocieszyć Mirka
    bo sam nie wierzę w to że FELEK…
    nie napije się już z nami piwa
    skasowałem numery telefonów do NIEGO
    bo boję się że zadzwonię a ON nie odbierze

    Te wszystkie śmierci tak nagłe i niespodziewane
    odzierają ze złudzeń życia – życie uwiera wtedy
    jeszcze bardziej – nie bój się Mirek FELEK
    nie umarł przecież – zawsze będzie żył w naszych sercach
    dopóki my nie zaczniemy żyć w czyichś…

  • 23 lutego 2014 o 21:56
    Permalink

    Felix uparcie szedł w obranym przez siebie kierunku. Nierzadko czuł się w tej wędrówce samotny i nierozumiany. Pisał: „Uważam się za poetę undergroundowego bo prowadząc od początku prace „japońskich” eksperymentów poetyckich neguję schematy i normy obowiązujące w polskim życiu literackim (…) całą swoją twórczość poetycką poświeciłem temu kierunkowi poetyckiemu”.
    Nie pozwólmy, by zostało to zmarnowane…

Dodaj komentarz