Zapach jabłka

Ten wpis był dotąd czytany 1657 razy!

Pamięci Mistrza Bronisława Chyły

Wieczory środowe w naszym domu uświęcone były pewną tradycją. Co tydzień mój ojciec po przyjściu z pracy szybko zjadał obiad, po czym wyciągał z komódki metalowe pudełko z farbami, pędzle i pachnącą terpentyną buteleczkę z ciemnego szkła, w pośpiechu pakował to wszystko do wielkiej skórzanej torby i wychodził. Moja mama miała umysł matematyka i ekonomisty. Kiedy była czymś zdenerwowana mówiła, że ojciec traci środowy czas. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, żeby z farbami w torbie można było ponieść jakąkolwiek stratę. Podejrzewałam, że ojciec wychodzi z domu do jakiegoś tajemniczego miejsca żeby malować. Przeczucia nie zawiodły mnie. W pewne środowe popołudnie jak zwykle wrzucił do swej czarnej torby malarskie akcesoria. Włożył do niej jeszcze kilka moich obrazków i zakomunikował, że zabiera mnie ze sobą. Tę szczęśliwą dla mnie chwilę poprzedziło jednak pewne dosyć zabawne wydarzenie, którego w żaden sposób nie mogę tutaj pominąć.

Kilka dni wcześniej poprosiłam mamę, żeby narysowała misia Puchatka z mojej ulubionej bajki. Przyglądałam się przez jakiś czas jej mozolnej pracy z ołówkiem, gumką i kredkami. Jeszcze raz spojrzałam na kartkę i zaniosłam się histerycznym śmiechem. Moja mama – przestraszona wypiekami na mojej buzi – pobiegła do telefonu, by wezwać zaprzyjaźnionego z naszą rodziną lekarza. Gdy ten pojawił się niebawem, ja skakałam wesoło w łóżeczku całkowicie „uzdrowiona”. Ścianę natomiast zdobił rysunek niedźwiadka tak wielkiego, jak tylko pozwalała na to rozpiętość rączek trzyletniego dziecka. Tamtego pamiętnego wieczoru rodzice długo rozmawiali o moich malunkach i fascynacji kolorami. Myślę, że efektem ich sporów były moje pierwsze odwiedziny w pracowni malarskiej mieszczącej się w Ratuszu, w której mój ojciec spotykał się z artystami legnickimi i malował.

mal. A. B. Jagiełłowicz, szkic do obrazu  "Bronisław Chyła, portret", 1977, tempera na kartonie
mal. A. B. Jagiełłowicz, szkic do obrazu „Bronisław Chyła, portret”, 1977, tempera na kartonie

Wdrapaliśmy się na sam szczyt ratuszowej wieży. Przez owalne okienko wpadał przymglony snop światła. Rozejrzałam się – dookoła porozstawiane były płótna, dokończone lub nie. Wysuwały się płaszczyzny z martwymi naturami albo portretami. Intensywne kolory, zapach farb i przyjazne spojrzenia przyprawiły mnie o lekki zawrót głowy. Mistrz kierujący pracownią uważnie przyglądał się moim malunkom. Pochylił się w końcu – a dla mnie to oczekiwanie trwało bez końca – i powiedział, że będzie się cieszył, jeżeli zechcę uczyć się u niego malowania. Kiedy już stałam na wyznaczonym miejscu przy kartce, podszedł znowu i z uśmiechem odezwał się do mnie, wskazując na martwą naturę: „Widzisz to czerwone jabłko? Namaluj je tak, żeby rozchodził się tutaj jego zapach”.

Tak oto zaczęłam terminowanie u Mistrza. Po latach trafiłam powtórnie do jego pracowni. Wtedy już wiedziałam, że był nim Bronisław Chyła, wyjątkowy i charyzmatyczny artysta, który w 1947 roku, po studiach w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, powrócił do kraju i ostatecznie osiadł na stałe w Legnicy – w moim rodzinnym mieście.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz