Miłością ją zwą

Ten wpis był dotąd czytany 661 razy!

Doświadczanie potrzeby całkowitego zjednoczenia z kimś bliskim jest niejasne i bliżej nieokreślone, a nawet – jeśli się jej przyjrzeć z racjonalnego punktu widzenia – dziwacznej i nierozsądnej. Ale jest ono osobliwie rozedrgane falującymi i intensywnymi uczuciami, i o tyleż właśnie prawdziwe, rzeczywiste, wręcz namacalne. Niektórzy nazywają takie doznanie „miłością”. Ja jednak zastanawiam się, czy wolno przyklejać etykietki do dynamicznych stanów ciała i umysłu, nadając im konkretne znaczenia, przypisywać im jednoznacznie określone, sztywne nazwy. W ten sposób można je przecież mimowolnie zniszczyć: wyznaczyć dla nich małą stabilizację w obrębie nieprzekraczalnych granic, utrzymywać w ryzach reguł wytworzonych przez kulturę, nie dopuszczać do rozwoju! Na domiar złego można niechcący samemu wpaść w zastawione przez siebie sidła niewoli. Na przykład przeciętny związek małżeński. Jest zamknięty w klatce zakazów i nakazów. A do złudzenia przypomina bezpieczne schronienie! Choćby to nawet była złota klatka – wszyscy przecież widzą znudzenie, kompromisy, rutynę i te odgrzewane na palenisku rodzinnym emocje uwięzionych w niej ptaków.

Na razie jednak z braku wyrobionego stanowiska na ten temat używam uświęconego tradycją i dość wyświechtanego słowa „miłość”. Chociaż drażni mnie, że często albo jest ono mylone z czysto fizjologicznymi aktami, albo w formach religijnego ascetyzmu całkowicie z nich „oczyszczane”. Nie o takich doznaniach przecież myślę! A nawet w jakimś sensie usilnie się przed nimi bronię.
Wspomnienie moich nie tak bardzo znowu odległych w czasie odwiedzin w klasztornych murach napawa mnie wstrętem do tak zwanej świętości, która zakuwa w żelazne pasy pruderii. W cieniu kapturów, czerni i pobożności przenoszone jest życie do świata podobno lepszego. Ale dopiero po śmierci. Tutaj, na Ziemi, trzeba ulegać cierpieniom i porażkom, godzić się z nimi. Marność nad marnościami i tylko marność, bo z prochu powstałeś i w proch się obrócisz… To makabryczny obraz grozy, okrucieństwa, koszmaru. Widmo istnienia w transcendentnej skórze okrada z piękna i ciepła ciała, i z zaznawanego w stosunkach cielesnych odprężenia i przyjemności.

Nieraz zastanawiam się, czy to właśnie lęk przed całkowitym obnażeniem swej intymności nie popycha ludzi do ucieczki w świat mistycznej fantazji – sublimacji czysto fizycznych pożądliwości. Lęk przed samym sobą. Egzorcyzmy, biczowania, krucjaty, stygmaty… to nie fantazje z bajki, ale historia ludzkich istnień – amputowania słabości, brzydoty, wyuzdania, rozpusty. Historia zakuta w więzieniu panicznego strachu przed piekielnym ogniem, cmentarnymi upiorami, aniołami ciemności, ale z drugiej strony – obscenicznej fascynacji nimi!

A tymczasem sam seks dostarcza wciąż za słabych podniet, nie przynosi pełnej satysfakcji. Jeżeli, to na krótko rozładowuje napięcie, Ślizga się zaledwie po powierzchni pożądania. I jakże często przynosi rozczarowanie! A przecież czysto fizyczne zaspokojenie osiągnąć można z każdym kochankiem. W końcu nieprzypadkowo wymyślono „domy publicznej rozkoszy”, w których przyjemność seksualną można sobie nawet kupić. Co to wszystko daje poza krótkotrwałym rozładowaniem, wzmagającym się wciąż pożądaniem oraz długofalowym poczuciem winy i niespełnienia? O ile ciekawszy pomysł na wykorzystanie seksu mieli starożytni ludzie z Dalekiego Wschodu, używając go do wzmacniania zdrowia i podtrzymywania długowieczności!?

Ale czym właściwie jest ta miłość? Czy można o niej mówić sensownie, skoro tak trudno ją uchwycić – jak elektryzujący dreszcz nieba? Przeszywa na wskroś i rani. I całkowicie przemienia, jednocząc w komunii ciała i dusze. Cudowne doświadczenie, jakby z innego, nierzeczywistego świata, a jednak dotyka tutaj, na Ziemi.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz