Czy miłość może być sfałszowana?

Ten wpis był dotąd czytany 1857 razy!

Niekiedy dziwi mnie podejście niektórych ludzi do życia. Zwłaszcza osobistego. Do tego, co zwykle nazywają oni miłością. Widzę, jak gorączkowo poszukują swoich połówek, dążąc do uzupełnienia siebie. Wierzą w mit przyciągania się przeciwieństw. Ale jaką jedność może stworzyć choleryk z flegmatykiem, pedant z kochającym artystyczny nieład albo podróżnik z domatorem? Czy czują się ci ludzie niedokończeni? Odsłonięci z jednej strony (tej wrażliwszej i delikatniejszej) i dlatego pozbawieni poczucia bezpieczeństwa?
A przecież ludzie często łączą się ze sobą w ten właśnie sposób! Czy takie związki dowodzą istnienia przeznaczenia czy działania opatrzności? A może raczej wskazują na to, że wielu ludzi podświadomie układa sobie życia tak, by się nie udało? Magia czy resentyment? Tak czy inaczej spotykamy hybrydy związków ze zmaskulinizowanymi kobietami i sfeminizowanymi facetami, albo jeszcze jakieś inne poczwary – toczące ze sobą wojny o skrawek wolności lub ustępujące w imię tak zwanego świętego spokoju.
Często, ulegając chwilowemu czarowi zakochania i fizycznego pożądania, przepędzają ci ludzie ze sobą całe życie. Pogrążeni w tym bezsensie reprodukują swoje marne wzorce ideałów – żeby przetrwały. Potem, kiedy ogarnia znudzenie, niezadowolenie i zgorzknienie, karmić się już tylko mogą – jakby to zgrabnie ujął Remarque – uczuciami odgrzewanymi na palenisku rodzinnym. Próbują reanimować coś, co już pogrzebane. A miłość dawno zapomniana. W chwilach odświętnych, traumatycznych albo w przypływie nagłego oświecenia obiecują sobie wprawdzie, że do niej kiedyś powrócą. Ale to płonne nadzieje, ponieważ cierpią na chroniczny brak czucia w protezach drewnianych serc. Kółko się zamyka. Są schwytani w pułapkę, z której nie ma wyjścia. Jeśli żyją automatycznie – nie żyją naprawdę. Co tutaj robią? Jaki sens takiego istnienia?
Podejrzewam, że niektórzy ludzie tłumią w sobie płomienną tęsknotę. Usprawiedliwiają swą emocjonalną niemoc i osłaniają się pozornymi wartościami. Padają wielkie słowa o odpowiedzialności, dotrzymywaniu przysięgi małżeńskiej, o wierności, instynkcie zachowania gatunku, ciężkim grzechu pożądania i zdrady… Wszystko to frazesy. A w środku spala ogień, którego nie można przecież zdusić byle jaką koncepcją życia, pruderią czy wizją ładu społecznego. Ci jednak ludzie wiedzą, że zawistne oko sąsiadki potrafi zrobić użytek z judasza albo z dziurki od klucza i w każdej chwili może taki wścibski intruz posłużyć się plotką, oszczerstwem lub oskarżeniem. I cóż począć? Trzeba brnąć w mamieniu innych tak zwanym „porządnym życiem”, prawdziwe tęsknoty utrzymując w niewoli, za podwójnym dnem. I jak to zwykle bywa z niespełnionym szałem uniesień i pragnień, ujawniają się one na ogół we wstydliwie skrywanych i najbardziej prymitywnych formach eksplodującej nieoczekiwanie cielesnej żądzy. Można je wprawdzie starannie ukryć przed ciekawskimi oczyma weteranów tak zwanego dziewictwa, jednak najtrudniej chyba oszukać siebie…?! Tak czy inaczej, nie da się zakorkować wulkanu.
Może więc warto od razu zapytać, czy miłość może być sfałszowana? Jak kopia obrazu? Kiepska i wulgarna reprodukcja? Plagiat? Niewiele chyba wart ten mit o uzupełniających się nawzajem połówkach, skoro tyle rozwodów, zbrodni na tle seksualnym, cierpienia, niechcianych dzieci, zdrad, zawiści i zazdrości, znudzenia, niezadowolenia, rozgoryczenia, oszustw i krętactw, sprzecznych interesów i kłótni, w końcu poczucia bezpieczeństwa – nie autentycznego, lecz pozornego, bo wynikającego z konformizmu oraz interesowności. A przecież podobno to miłość ich wiązała…?!

Udostępnij to:

Dodaj komentarz