Człowiek – medium sensów

Ten wpis był dotąd czytany 507 razy!

W głębi duszy noszę niejasne przekonanie, że nie trzeba wielu słów, by przekazać myśli i uczucia. A niekiedy nawet stanowią one przeszkodę w prawdziwym porozumieniu. Równocześnie wiem, że wyrażanie siebie za pomocą słów jest wyjątkowo cenne. Można wtedy ujawnić swoją prawdziwą naturę i równocześnie – dzięki aktom nazywania – uświadomić sobie, kim się naprawdę jest. W takich chwilach człowiek staje się medium własnych sensów. Czy to źle, że są one zatopione w subiektywnych przeżyciach?

Człowiek często powraca do uczuć, przypomina sobie rozmowy, zapachy, kolory, dźwięki, nastroje… Nadaje wtedy rzeczom nowe imiona, a wraz z nimi – znaczenia i wartości skrojone na miarę nowej osoby, jaką staje się w każdej chwili swojego osobistego życia. Powroty na przełaj słów są osobliwe. Chciałabym to wrażenie ująć w sposób jak najbardziej zrozumiały, jasny. Chciałabym poznać mechanizm świadomego, głębokiego, posługiwania się językiem, odwoływania się do treści znajomych i powoływania do życia nowych treści.

Czym są dla nas – współczesnych – słowa, a czym mogłyby być? Dlaczego tak często dryfujemy po mieliźnie słów? Dlaczego posługujemy się słowami z beztroską, lekceważąc niejednokrotnie ich faktyczną wartość dla naszego osobistego rozwoju? Oto np. ktoś pyta: „Co u Ciebie słychać?” i na ogół jest to pytanie zdawkowe, kurtuazyjne. Innym razem plotkujemy, mielimy słowa, ględzimy. A młodzież z ich komunikatami SMS-owymi? Nawet nie podejrzewamy, że jesteśmy wtedy martwi?!

Prawdziwe poznanie jest możliwe dopiero wtedy, kiedy ludzie porozumiewają się słowami pełnymi. Chciałabym wiedzieć, jak człowiek pierwotny przeżywał swoją obecność w świecie. Przypuszczam, że nie tworzył teorii na temat życia i śmierci, ani nie snuł abstrakcyjnych wizji. Jestem pewna, że doświadczał życia bezpośrednio i całym sobą. Rozstrzygał problemy dzięki natychmiastowym reakcjom ciała i umysłu. Doznawał wobec życia autentycznych, nieprzeintelektualizowanych uczuć zdziwienia i lęku zarazem, zachwytu i niepokoju, obcości i bliskości. Musiał czuć się bezradny wobec tych sprzecznych doznań. A jego namysł nad sensem i bezsensem nasączał się powoli umiłowaniem głębi poznawania takiego świata, jakim on faktycznie jest. Potęgował magiczną siłę mądrości.

Na przestrzeni dziejów musiała się jednak dokonać radykalna zmiana w życiu i myśleniu człowieka, skoro podstawowa idea filozofii została wypaczona do tego stopnia, że zaczęto od niej wymagać naśladowania metod naukowych – owych sztywnych reguł, w których przez szkiełko analityka dochodzi się do pozbawionych uczuć i emocji, suchych informacji i faktów. Czyż w następstwie podporządkowania filozofii regułom poznania naukowego nie doczekaliśmy się śmierci samej filozofii? Przypisując racjonalnemu poznaniu odrębność i niezależność, oderwano język od praktyki i uczucia od rozumu? Filozofowie przestali się zatem zamyślać nad rzeczywistością. Dotarli do swojego kresu, w historii filozofii pokładając wszelkie nadzieje i w niej realizując powołanie.

My, ludzie żyjący w świecie rozwiniętym naukowo i technicznie, czujemy się równie bezsilni i przerażeni, co ów pierwotny człowiek. Rzecz chyba w tym, że człowiek pierwotny lękał się kontaktu bezpośredniego ze sobą, swoim najbliższym otoczeniem i Kosmosem. Bał się współodczuwania i doświadczania bliskości drugiego człowieka, choć zarazem całą swą istotą pragnął tego przeżycia. Podejmował próby pokonywania barier. Trawiło go życie samo.

My, współcześni, żyjemy natomiast samymi już tylko pustymi słowami. Stajemy się sztywni, jak one. Puści, obojętni, martwi. Nawet miłość przestaje być głęboko wstrząsającym doznaniem naszego osobistego istnienia, a staje się interpretowanym na różne sposoby słowem, dzielącym i kategoryzującym uczucia, podporządkowującym je ideologii, usprawiedliwiającym i zasłaniającym mizerne działania, lęki, przekonania, pożądliwości… Brakuje nam zrozumienia, że słowa są elastyczne, że oddają swą treścią dynamikę życia – takiego, jakim ono jest w swej istocie.

Tak więc potrzebujemy przenieść słowa z metafizyki do codzienności. Jak to ujął Wittgenstein? – „Nasze umysły są opętane przez słowa i wymagają uleczenia”. Dziwnie bliska jest mi jego metaforyka. Odczuwam potrzebę przeciągnięcia nici poznania przez „zapętlone słowa”, pochodzące z dziwacznego świata metafizyki wznoszącej się na wielkich ideologiach – systemach przeszłości. Chciałabym na powrót przewlec te słowa na prawą stronę: codzienności i działania. W swoim życiu poszukuję słów, które dotykają bezpośrednio. To jest chyba najważniejsze przesłanie dla współczesnych ludzi – zagubionych w świecie maszyn… i pustych słów, ludzi bogatych intelektualnie i materialnie, lecz ubogich duchem, nie znających wartości pełnego słowa i bezpośredniego doświadczania życia: istnieje potrzeba, by człowiek na powrót stał się medium – nowych sensów.

Udostępnij to:

Dodaj komentarz