Wydźwignąć się ponad własne ograniczenia

Wydźwignąć się ponad własne ograniczenia

Drogi Czytelniku, z bólem przyznać muszę, że zaniedbałam ostatnio tę stronę, ale na usprawiedliwienie powiem, że nie zmarnowałam czasu. Ponad dwa miesiące trwały intensywne prace zespołu liczącego ponad 30 osób nad książką Profilaktyka wojny, którą właśnie wczoraj odebrałam z drukarni. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Prawdziwa historia, jak z bajki wycięta.

Jiddu Krishnamurti urodził się w 1895 roku w rodzinie bramińskiej, na południu Indii w Madanapalle koło Madrasu. W młodości nie interesował się ani teozofią, ani też ludźmi, którzy przyjeżdżali z Zachodu, by doświadczać mistycznych przeżyć Orientu. Zachowywał dystans wobec systemów religijnych i filozoficznych. Jednak na jego duchowy rozwój przemożny wpływ wywarło założone w 1875 roku przez Helenę Bławatską Międzynarodowe Towarzystwo Teozoficzne, do którego zadań pierwotnie należało: zjednoczenie ludzi zajmujących się spirytyzmem; analiza porównawcza różnych religii; badania „paranormalnych” stanów ludzkiej psychiki. Z czasem jednak charakter Towarzystwa przekształcił się z para-psychologicznego i filozoficznego w religijno-kultowy.

Po śmierci założycielki Towarzystwa przedstawiciele władz: Charles Leadbeater oraz Anna Besant rozpoczęli poszukiwania Nauczyciele Świata, który – według ich przekonania – miał przebywać w „ciele Buddy” i w owym czasie odrodzić się. Za inkarnację Mesjasza uznano właśnie Jiddu Krishnamurtiego, ujawniał on bowiem pewne zdolności parapsychiczne. Będąc wcześnie osierocony przez matkę, zamieszkał z bratem i ojcem, obejmującym w 1908 roku posadę zastępcy sekretarza Towarzystwa, w głównej jego kwaterze w Adjarze. W 1911 roku specjalnie dla Krishnamurtiego powołano Zakon Gwiazdy Wschodu. W nim wszelkie działania podporządkowano przygotowaniu młodego ucznia do roli Nauczyciela Świata. Czytaj dalej

Udostępnij to:

Miłość i mezalians

Choć ta historia wyrwana została z życia, to jednak wszelkie ślady są w niej pozacierane, a podobieństwa przypadkowe:

Były imieniny szefa i spotkali się wieczorem w „Diabelskim młynie”, żeby – jak to nazywali – zintegrować się, głównie z Markiem, który od niedawna pełnił obowiązki kierownika działu produkcji. Marek był lizusem i miał cicho-ciemne układy z dyrektorem firmy, dlatego nie lubili go. Ale tego wieczora trzeba było robić dobrą minę do złej gry. Piwo lało się wartkim strumieniem. W ogólnym harmiderze wydawało się, że wszyscy bawią się dobrze. Tylko Jacek sprawiał wrażenie nieobecnego. Wciąż wychodził, niby „na papierosa”. Ale przecież już dawno rzucił palenie…?!

Jacka poznałam kiedyś w księgarni. Z wypiekami na policzkach, zaczytany w książce (chyba z psychologii sukcesu) mamrotał coś pod nosem. Stałam nieopodal. Przeglądałam nowości wydawnicze kiedy mnie zaczepił. Burknął coś o niespełnionych marzeniach, studiach ukończonych dla pieniędzy, nędznym dzieciństwie, kiedy to pozostawiony samemu sobie… W końcu, nie czekając na moją reakcję, wzruszył ramionami i wyszedł. Czytaj dalej

Udostępnij to: